zapaść

Zapaść

JOANNA LECH "Zapaść"

Poleski Ośrodek Sztuki w Łodzi, SPP OŁ, Łódź 2009
Biblioteka ARTERII: tom 5
Redakcja: Elżbieta Zarych, Roman Honet
Projekt okładki: Agnieszka Kowalska-Owczarek
Zdjęcie na okładce: Daniel Majchrzycki
str. 46, format 190 mm x 190 mm
ISBN: 978-83-88552-62-5

Premiera tomiku odbyła się 12 grudnia 2009 r. podczas III Festiwalu Puls Literatury.

Tomik został nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii debiut roku oraz wyróźniony w VI OKL Złoty Środek Poezji Kutno.

Książkę można zamówić pisząc na adres redakcji arterie.spp@gmail.com

Zapaść

Zapaść Joanny Lech to unikalny tom. Nie stroniący od tematycznego ryzyka. Pozbawiony łatwego afirmowania świata, który nie przedstawia się najlepiej. Od samego początku, jako czytelnik, staję na krawędzi przepaści tych wierszy. Widzę tam widmowość rzeczy. Język tych wierszy ulega coraz to większemu rozpadowi, choć do końca zachowuje pozory zborności. Obcość i dystans to semantyczne dominanty, gdyż bohaterem Zapaści jest słowo-klucz: nic.

Maciej Melecki

Rozkład wspomnień, skrawki obrazów, cielesna obsesja wydrapywana słów, które mają oswoić rozkład, gnicie i śmierć, mają złożyć te odpryski doznań i obserwacji we względną całość. W pewnym sensie udało się. W poezji tej miary zawsze udaje się tylko w pewnym sensie.

Karol Maliszewski

Pierwszy haust zawsze jest ostry, jak igły, ale następne
przechodzą już gładko. Znowu przełykasz i znowu jest światło
w odcieniach, rozciągniętych przez całe osiedle. Gołębie wydziobują
dziury w chodniku, pewnie szukają tam resztek.

Ale wszystko już się wyśniło i wszystko jest teraz powietrzem.
Pora na wchłanianie, szukanie śladów z zeszłego roku, oswajanie się
z ciepłem. W chwili, w której nabierasz to w ręce, zawraca;
jak zwykle, muchy liżą cienie, a psy znowu gubią się w trawie,

ciągnąc za sobą smycze jak pętle.

Tak słodki październik. Liście w kolorach błota, deszczu, zaschniętej śliny.
Jakby od dzisiaj zaczynał się rozkład w odcinkach, podszewka śmierci.
Podobno w nocy wylała rzeka, wiatr zerwał szyny.

Podobno można zobaczyć tam ślady skamielin, wystarczy się przyjrzeć.
Tymczasem na poligonie rodzi się dziecko, ma palce splątane drutem.
W pustym szpitalu żarówka wydziela opary opium.

Po korytarzach chodzą umarli, zdziwieni, że jeszcze nie pora na obchód.
Tymczasem na polach zaczyna się powódź. Ty znowu rozsiewasz zarazę
w strzykawkach, tniesz się kapslem po piwie.

Pewnie od tego rdzewieje mi tętno, krew pachnie gliną? Umówmy się,
że jutro nie znajdziesz już tutaj niczego – zostanie piasek, muł, strzępki papieru.
Wyrwa, jakby ziemia otworzyła się parę dni wcześniej

i chciała wchłonąć – deszcz, burzę, to całe niebo –

przeżuć to, wypluć.

Chyba południe. Tak miękko i czysto, aż chce się oddychać.
Jeszcze raz spojrzeć w słońce, napisać; mam zszyte powieki
i długie paznokcie; surowe ciało, skłonne do gnicia.

Nabieram wody, kiedy się ściemnia. Kiedy szarzeje,
śni mi się pustynia, ślady odciśnięte na piasku, pełne wymiocin
i krwi. Nie wiem, co to znaczy, ale wciąż boję się zasnąć.

Odpycham się na zewnątrz, nabieram zapachu,
a potem znów boję się poczuć. A tak niedawno miałam tętno,
zdrapane ręce, pamiętam; mlecze, ciepło, pod kołdrą,

ukradkiem nawijanie siebie na palce.

Brzeg jest skórą, która wyznacza granice. Dzieci wyrzeźbiły w niej korytarze,
kierunki pływu, krwiobieg. Patrzę na to od spodu, bo nie chcę być już pytaniem,
punktem odniesień.

Nie mam już miejsca na trwanie. Niebo jest coraz głębsze, nabiera odcieni.
Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna. W brzuchu pęka szkielet ryby,
a ości zaszywają skórę pod spód.

Potem dławię się tym słowem, nie mogę się podnieść. Dawni znajomi
już tu nie przyjdą, nikt mnie nie znajdzie. Oni wciąż jeszcze noszą po mnie blizny,
oglądają zdjęcia. Ja ciągle pamiętam ten ich ciepły spokój,

burze w sierpniu, chleb. Smołę. Wszystko można przełknąć.

Odkąd niepewność zmieniła barwę i stan skupienia. Tak jest od wczoraj;
natrętne zimno, biel, szron skrzy się na drzewach. Muszę to odespać,
muszę coś z tym zrobić.

To staje się szybko, zapada się, drga, jak wepchnięte w rezonans.
Nawet ściany parują z nadmiaru, sen się skrapla w pościeli,
osiada na porach.

Swędzi bardziej niż dotyk, bardziej niż pióra tych ptaków,
ich połamane skrzydła, kości. Ślady odbite na śniegu –

spróbuj tam nie patrzeć, spróbuj się zachłysnąć.

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2010