Na skraju pęknięcia

Na skraju pęknięcia

Debiutancka książka Joanny Lech pt. Zapaść ukazała się w Bibliotece Laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina, będąc jednocześnie piątą publikacją „Biblioteki Arterii”. Młoda poetka otrzymała główną nagrodę już w 2007 roku, ale z różnych względów dopiero po dwóch latach od konkursu jej tomik mógł ukazać się drukiem. W tym czasie została jeszcze laureatką kilku innych wyróżnień m.in. Grand Prix VI Ogólnopolskiego Konkursu im. R. M. Rilkego oraz konkursów im. L. Bakuły, W. Bąka, K.K. Baczyńskiego czy J. Kozarzewskiego. Publikowała w większości ważnych pism literackich w Polsce, no i w „Gazecie Wyborczej”. O wartości jej poezji zaświadczają Karol Maliszewski, Roman Honet i Maciej Melecki. Wiersze Joanny Lech zostały także ujęte w antologii Poezja na nowy wiek, przez co autorka została zaliczona do grona najbardziej obiecujących młodych poetek XXI wieku. Czy to wszystko może jednak przekonać do tej poezji?
Jeśli założyć za Jacquesem Derridą, że poetyckość, powiedzmy, byłaby tym co, pragnąłbyś wziąć sobie do serca od kogoś innego, dzięki innemu i pod jego dyktando, czego pragnąłbyś się nauczyć na pamięć, to u Joanny Lech znajduję tylko to czego w żaden sposób nie chciałabym przyjąć do siebie. Pesymizm, smutek, depresja, negatywizm, rozkład. Poetka natrętnie gromadzi obrazy złych wspomnień (Zjadaliśmy się nawzajem, a głód, / ten zimny dotyk, zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł. s. 7), koszmarnych snów (Mała dziewczynka piszczy / z zaciśniętymi oczami, do utraty tchu. Nagle rzuca się na powietrze / i zaraz potem upada na twarz, koło śmietnika. s. 19), upiornych wizji (Tymczasem na poligonie rodzi się dziecko, ma palce splątane drutem. s. 13). Sądząc już po tytułach kolejnych wierszy nie powinnam się spodziewać niczego innego – Głód, Pęknięcia, Skutki uboczne, Bezdech, Otarcia. A może jednak?
Ból, śmierć, gnicie, lęk, pustka, mijanie zdawałyby się ukłonem w stronę poetów przeklętych, ale są raczej tylko wyuczoną formą z zajęć kreatywnego pisania w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim, które autorka Zapaści jakiś czas temu ukończyła. Podpatrywanie pracujących tam poetów nie jest zbyt wielkim zarzutem, jeśli jest się tak sprawnym warsztatowo jak Joanna Lech, która bardzo sumiennie dobiera słowa, świadomie kreuje poetyckie obrazy. Tyle tylko, że lektura trzydziestu dwóch wierszy, będących wariacją na jeden „czarny” temat, jest co najmniej nużąca i mało przekonująca. Ogarnia mnie nieodparte wrażenie sztuczności, braku emocji i uczuć. Sama Joanna Lech w wywiadzie/rozmowie z Marcinem Bałczewskim przyznaje, że o zdewaluowanych symbolach kobiecości - kwiatkach, pantofelkach i romansach pisać nie będzie, bo żyjąc na krawędzi można pisać właśnie o rozpadzie, pustce, braku złudzeń, owej zapaści w każdym tego słowa znaczeniu. Tyle tylko, że kolejne doznania skóry są u Lech jak gładzenie kamienia, a nie doświadczanie bólu, swędzenia czy ciepła. Wiele, opisywanych przez nią odczuć czy wrażeń, nie przekonuje inaczej niż przez pryzmat jakiejś odmiany depresji. Nie przemawiają, a raczej nie poruszają chłodne i ostre stwierdzenia:


Zjadaliśmy się nawzajem, a głód,
Ten zimny dotyk, zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł. (s. 7)
albo
To coraz częściej swędzenie, a nie migotanie.
Chyba od dawna brakuje nam siebie, choć zasypiamy na końcach
Tej samej skóry, to ty zapadasz się z innym dźwiękiem; fałszujesz. (s. 30)


Tytułowa Zapaść kojarzy się przede wszystkim z kryzysem ekonomicznym, gospodarczym lub z medycyną - zapaść sercowa, krążeniowa, cukrzycowa, alkoholowa, ale zapaść to też stan po przedawkowaniu narkotyków. Wiele jest tropów, które kazałyby się bawić w tani autobiografizm, podpytywać autorkę, doszukiwać się jej ewentualnych doświadczeń. Nie znam Joanny Lech osobiście i nie sądzę, by cokolwiek zmieniło to w ocenie jej wierszy. Niemniej ciekawe są te fragmenty tomu, w których poetka buduje senno-medyczną historię swojej bohaterki. Historię rozgrywającą się na granicy jawy i snu, życia i śmierci, światła i cienia, ciszy i warkotu. Ale też historię, do której przemycone zostały medyczne zwroty, wzmianki o pobycie w szpitalu :


Wakacje pachniały colą
I zgniłym sianem, trawą koszoną w szpitalnym parku. (…)
A potem zimno
Na całym oddziale, otwarte okna czekały na obchód

Tak jak się czeka na ból. Po jednej nocy już wszystko miało smak tynku,
Zapach lizolu. (s. 35)


W tych partiach Lech zdaje się być najbardziej autentyczna, nie piętrzy wyuczonych konstrukcji, nie powtarza za innymi poetami. Autorka, wspominając kolejne wydarzenia stara się zachować chronologię, często określa, w którym miesiącu coś się wydarzyło. Sierpień, październik czy grudzień są jej potrzebne, by poprzez obrazy kojarzone z daną porą roku wyrazić emocje. Nie odbiega tu jednak asocjacjami od zakorzenionych w powszechnej świadomości stereotypów. Czytamy w wierszu Przepustowość:


Najgorszą porą jest jesień, bo to dopiero początek;
nawet ściany nie wytrzymują zimna i gniją z wilgoci,
która wciska się tu przez wszystkie szczeliny, spływa po szybach.

(…)
A chciałabym wreszcie skończyć ten motyw, zacząć od nowa. (s. 38)


Czas w tomiku biegnie poniekąd linearnie - od wspomnienia dzieciństwa, dziewczynek, bawiących się w dom, i chłopców, prowadzących wojny, poprzez obrazy dorastania, inicjacji seksualnej po widok ruin domu, rozbitych okien, śmieci, złamanego trzepaka (znaczący wiersz Ciąg dalszy, s. 29). Historię kobiety i mężczyzny, ich uczuć, doznań, lęków, rozpoczynają i kończą wspomnienia wspólnych chwil głodu. Taka klamra kompozycyjna pozwala – by użyć określenia z ostatniego wersu w tomie – „zapętlić” opowieść. Jakie będzie jej rozwiązanie dowiemy się w kolejnym tomie, który jest już w przygotowaniu. W ostatnim wywiadzie prasowym dla „Tygodnika Powszechnego” Joanna Lech zdradza nawet jego tytuł - Nawroty.
Można przewidywać, którą drogą pójdzie młoda poetka, szukając własnej tożsamości i własnego języka. Jednak to, co najciekawsze, warte kontynuacji w poezji Joanny Lech dzieje się tam, gdzie łączą się żywioły, na styku rozdętego nieba i pękającej jak kokon ziemi, między powietrzem gęstym jak syrop a strachem przed ogniem. Czytamy w wierszu Rozkład z widokiem – Niebo puchnie od spodu, zaraz się rozleje. Coś wisi w powietrzu, / coś gnije, szeleści (s. 20). Lech stara się poprzez naturę komentować jednostkowy, indywidualny świat. Staje się wtedy mniej szorstka, bardziej oswojona, jakby przyroda łagodziła, pozwalała „przepracować” traumatyczne doświadczenia.
Wiele spraw w tomiku Joanny Lech jest jeszcze otwartych. Warto choćby zająć się symboliką światła, blizny, obrazem śmierci, podjąć się gruntownej analizy słów kluczy jakie autorka obsesyjnie wplata do wierszy. Jednym z tych słów jest głód, który budzi się również w czytelniku Zapaści. Jest to głód metafizyczny. To chyba udało się Joannie Lech i w tym sensie potwierdzam słowa Karola Maliszewskiego, który na okładce tomiku głosi: W pewnym sensie udało się. W poezji tej miary zawsze udaje się tylko w pewnym sensie.


Edyta Antoniak
Akcent, nr 3 (121) 2010
 

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2011