Na pohybel nudziarzom i odmierzaniu. Joanna Lech, Zapaść

Na pohybel nudziarzom i odmierzaniu. Joanna Lech, "Zapaść"

Bardzo udana okładka, na niej dwa blurby: dość mętny i mało konkretny Maćka Meleckiego oraz Karola Maliszewskiego, znacznie trafniejszy i bardziej treściwy. Ergo: możemy przechodzić do lektury tomu bez większego szwanku na zdrowiu. A co jest w środku?
Po lekturze Zapaści Joanny Lech mam uczucia klasycznie mieszane. Niczego innego się nie spodziewałem, a jednak zdecydowałem się zmierzyć , bo lubię wyzwania. I, szczerze mówiąc, poległem - bo mam subiektywne odczucie że tego tomu po prostu nie lubię. A jednak trudno mi się nie zgodzić ze zdaniem Karola Maliszewskiego - że "w pewnym sensie się udało".

Co się udało? Przede wszystkim coś zamanifestować, zamanifestować swoją poetycką osobowość, może nie unikalność, nie oryginalność, bo jest to pewien typ wizyjnej poezji, który już został zapoczątkowany, pewne poszukiwania przez Honeta czy Kuśmirka już zostały podjęte - tutaj jednak Joanna Lech robi to trochę po swojemu, młodzieńczo, nie bojąc się mocnych słów.

Balansowanie, zawieszenie - to być może słowo klucze. Moja ulubiona fraza z tego tomu - to chyba o śnie, w którym maki ani nie kwitną, ani nie więdną - i gdzieś w takim śnie znajduje się peel tego tomu. Może zbyt banalne byłoby mówić, że "koszmarze" - ale jest to stan niepewności, zawieszenia, zagubienia - bo ten świat jest przecież obcy, a jednocześnie woła, by się zaangażować, by przeżuć go, a dopiero potem wypluć.

Jest rozkład, ale jest jednocześnie obsesja, by z tego rozkładu "wydrapywać słowa" (znowu odwołam się do Pana Karola). Gnicie, śmierć jest jednocześnie odpychająca jak i pociągająca - albo nie tyle pociągająca sama w sobie, co pociągająca za sobą. Chociaż, właściwie sam nie jestem pewien, czy bardziej jest to stan, w którym podmiot liryczny chce wejść mimowolnie, czy są to obsesje, nad którymi nie ma żadnej władzy.

W każdym razie, mimowolnie czy nie, peel musi się w ten świat zaangażować, niezależnie czy sam to robi, czy to ten świat go "wciąga" jak czarna dziura. Jest to zarówno wada jak i zaleta tego tomu - zaleta o tyle, że jest to tom bezkompromisowy. Z drugiej strony zabrakło w tym równowagi - zarówno w niektórych pojedynczych wierszach, jak i w całej książce - jakby konsekwencja w realizowaniu takiej a nie innej poetyki doprowadziła trochę do "pisania na jedno kopyto". Gdzieś w okolicach dwóch trzecich książki miałem zwyczajnie przesyt tymi wierszami, mocnymi obrazami, obsesjami, które pojawiają się tyleż uporczywie co uparcie, tom jest w tym wszystkim tyleż konsekwentny, co zjada własny ogon.

Jednak, podtrzymuję, w pewnym sensie się udało. Przydałoby się w następnym tomie Joanny Lech pewnie więcej różnorodności, więcej powściągliwości, która w tego typu poezji wcale nie wprowadziła by nudy - wręcz przeciwnie. Ale jedno jest pewne: nie jest to poezja odmierzana "tępą wsuwką do włosów" jak gdzieś już było zapowiadane. Zastanawiam się, czy Joanna Lech odmierzała tu gdziekolwiek i cokolwiek.

Jakub Sajkowski
nieszuflada.pl

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2011