Blizna po wewnętrznej stronie powieki

Blizna po wewnętrznej stronie powieki
O debiutanckiej książce „Zapaść” Joanny Lech

Nie biegniemy ku śmierci, uciekamy przed katastrofą narodzin. Udało nam się jakoś ujść, miotamy się tu i tam, próbujemy zapomnieć. Strach przed śmiercią jest tylko projekcją w przyszłość lęku datującego się od pierwszych naszych chwil.

E. Cioran, O niedogodności narodzin

Po raz pierwszy z wierszami Joanny Lech spotkałem się biorąc udział w obradach jury 13 Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego na debiut książkowy im. Jacka Bierezina, który od czternastu lat organizuje Łódzki Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Spośród kilkunastu zestawów, propozycję opatrzoną godłem, za którym kryła się nieznana mi bliżej autorka, określiłem jako spójną i sugestywną. Werdykt jury, który przyznał zestawowi główną nagrodę wydał mi się słuszny. Zresztą Joanna Lech była nie tylko zdobywczynią Bierezina, ale również laureatką prestiżowego sopockiego konkursu im. R.M. Rilkego. Przed nią chyba tylko Piotr Kuśmirek zdobył obydwie nagrody.

Organizator konkursu, zobowiązany regulaminem, zaplanował wydanie nagrodzonego maszynopisu we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa. Cykl wydawniczy miał trwać jedenaście miesięcy. Jednak książka nie wyszła przy następnej edycji konkursu (nie było w tym zresztą winy organizatora konkursu), a powody zaistnienia takiej sytuacji są w środowisku literackim dość powszechnie znane, więc daruję sobie ich opis. W każdym razie, w roku 2009 SPP OŁ może zrealizować przyjęte zobowiązanie. Książka pojawi się w grudniu, w serii „Biblioteka Arterii”, wraz z kolejnym numerem łódzkiego kwartalnika i będzie dostępna w sieci salonów sprzedaży „Empik”.

Choć nad debiutanckim tomem Joanny Lech trwają jeszcze kosmetyczne prace redakcyjne sądzę, że warto nakreślić interpretacyjne pole tych wierszy. Jak też zachęcić krytyków do zaproponowania innych sposobów lektury niż poniższy, antropologiczny, nastawiony na szukanie podobnych symbolicznych tropów w tekstualnej przestrzeni wierszy.

***

Jeżeli poetów można podzielić na „rolników” (wybór rodzaju/płci proszę traktować tylko jako sygnał szerszej reprezentacji) – którzy wciąż sieją ten sam temat, uprawiają stałe motywy, próbują rozprawić się obsesjami oraz „myśliwych/nomadów” – którzy wciąż wędrują za nową formą jak za „zwierzyną”, ku innym miejscom inspiracji, eksperymentują i nie mogą się osadzić w jednej poetyce, to Joanna Lech niewątpliwie należy do pierwszej kategorii. Poetka poddaje się nawrotom konkretnej leksyki, krążeniu tych samych motywów, które bezustannie rodzą się i obumierają. Semantyczną przestrzeń wierszy najczęściej ustanawiają takie słowa jak: „głód”, „ciepło”, „zimno”, „obcość/obcy”, „blizna/rana”, słowa związane z widzeniem/postrzeganiem: „oczy/powieki” oraz najczęściej pojawiające się „światło”, które wyjawia znaczeniowe tło, oświetla mętną, akwatyczną naturę tekstów. Ruch w owym świecie często organizują bezokoliczniki, kontakt z otoczeniem podmiotu lirycznego ma charakter spostrzeżeniowy i oralny – świat, jego „obcą” ontologię – podmiot liryczny „pochłania” bądź wyrzuca z siebie poprzez widzenie, dotyk i przełykanie. Bycie w zawieszeniu, mediacji sygnalizują wydzieliny: krew, wymiociny i pot. Punktem odniesienia jest przeszłość, czas zdany na nieistnienie, ale też zadany. Traumatyczne doświadczenie z dzieciństwa?

Głód […] mieszkaliśmy / w obcych domach, w cudzym świetle, kradzionym spod okien. […] Odpływ znaczył tyle, co ciepło, więc chłonęliśmy wilgoć / rozchylonymi ustami, uniesionymi do góry. […] a głód, / ten zimny dotyk, zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł Motyw zapalny […] Od zawsze tylko gorączka i głód, od zawsze zimno. / Może dlatego mówię do siebie przez sen, w którym pokój powoli / wypełnia się wodą, zalewa łóżko? […] Za to głowa jest ciężka od słów, obrazków / wyrwanych z dzieciństwa. Pęknięcia […] chłopcy wychodzą z kadru. / Prowadzą wojny przeciwko mleku i kotom, już są spóźnieni. […] Nie rozpoznaję w tym siebie, kiedy zmienia się światło. / […] Niech będzie, że świat skurczył się do oczu - / gdzieś tam są sidła i słychać mlaskanie, gdy koci język przesuwa się po ostrzu. Sen na krawędzi Obok chłopcy budują zamek, rzucają się piaskiem. Dziewczynka płacze. / Śmieją się, kiedy wyjmuje spod skóry kawałki szkła. / tak, od dzisiaj będą nazywać ją Dziwna. // To nic; chowa się za rękami. Tam będzie wzbierać, / będzie zarastać łuską i uczyć się przełykać. Intro Ma nabrzmiały brzuch i ręce pełne światła, gdy je podnosi / i otwiera w powietrzu jak wachlarz. Jeszcze nie wie, po co tu przyszła, / ale nie wyjdzie. Ma w sobie inną ciszę, gorzką i lepką jak krew. Skrobanie Nie, to nie jest zły sen. Już nigdy nie będzie. Pamiętasz druty w fabryce, / w której bawiłeś się jako dziecko? Tamte wieczory, te wszystkie dni / odkrywane ostrożnie, jak po omacku?

„Światło” w tych wierszach często oznacza emocjonalne ciepło, a z drugiej strony ujawnia śmiertelną przypadłość wszelkiego życia. Nieokreśloną nostalgię charakteryzuje przekonanie o niepodważalnym panowaniu przeszłości, rezygnacja właściwa dla melancholii, która świadczy o tym, że podmiot liryczny „zapada” w mętną toń czasu, który odczuwa somnambulicznie i wsobnie. Ból stępiony przez czas podnosi się albo wsącza, zalewa ludzkie wnętrze, najbliższe otoczenie, sprawia, że podmiot liryczny „zapada się” w jakiejś topieli, i jakby tylko od strony dna może doświadczać rzeczywistość, widzieć ją w jej przejawach.

To są epifanie, które podmiot liryczny odrzuca. „Coś” się zjawia, ale jest obce, nie do przyjęcia, rani. „Coś” rozciąga się między zimnem i ciepłem, światłem i półmrokiem, bezpiecznym domem i obcym pomieszczeniem, w którym podmiot liryczny czuje się wydziedziczony. Zjawianie się i znikanie „rzeczy” należy do sfery między wskazanymi wyżej opozycjami, wydarza się w swego rodzaju „zatrutej” fenomenologii.

„Wszystko jest na gumce perspektywy” B. Hrabal […] Przejaśnienia są tylko pomiędzy i tego można // się trzymać. Jak Praga; Wszystko w normie […] Ślady ciepła rozpływają się szybciej, // niż pamięć o nich. Może dlatego nigdy nie sprzątam? Zmieniam imiona, ubrania. Miejsca, które po tygodniu są już tak samo znajome i wrastają w siatkówkę, aż boli. Czwarta rano Sen wypadł z okna. O świcie gubią się nawet ćmy i deszcz / zostawia na niebie szramy. […] słońce przychodzi za szybko i pali rany w powiekach, wbija siniaki. Agnieszka W. odkręca gaz […] I nie wiem, co chciałam znaleźć za tamtą ścianą. Ciepło? / Czy coś zgubiłam odwracając się od powietrza? […] Blizna, która przechodzi przez gardło, / zaczęła się od dotyku. Relanium Zatopieni w pamięci, schowani pod spodem jak nawóz. / Tak się kończy, jeśli się chciało za dużo powiedzieć, gniciem. […] Blizna po wewnętrznej stronie powieki. Otarcia Ważne były słowa, oswajanie znaczeń. Nowe nazwy, / żeby się lepiej ukryć pod spodem; lepiej wydobyć. […] Byłam kimś obcym, w innym odcieniu, / innym języku. […] Tamta dziewczynka czasami płacze, / tłucze butelki – gdyby nie głód, pewnie mogłaby przestać, zacząć / inaczej? […] // ale zobaczyłam ją w cudzym domu, w pożyczonej pościeli: / bez zabezpieczeń, bez zaciskania powiek. Nic z tego Ponieważ życie składało się z zimnych obrazów, prostych odniesień. / Szczypało w ramię; ocierało się o język, jak ślina. Wypluwałam za siebie nad ranem. / Sny były bliżej – na wyciągnięcie w łóżku, zamknięcie powiek. Nie dotykały. Gdzie indziej […] Jeszcze raz spojrzeć w słońce, napisać; mam zszyte powieki / i długie paznokcie; surowe ciało, skłonne do gnicia.

„Gnicie” jakby trochę z Honeta, ale nie otacza go kondukt surrealnych obrazów lecz widzenie bardziej skoncentrowane na najbliższym obszarze egzystencji. To jest opis poetycki bliżej realności, opis, który układa się w narrację sprzężoną i powiązaną logicznie. Dla podmiotu lirycznego świat istnieje w półmroku, jest „znikomy”, doświadczany zmysłowo, wypełniony umieraniem. Ale ten „sensualizm” określa tutaj nie rzeczywistość snu, a raczej śnienie palców. Jest w tych wierszach pewien rodzaj zagęszczenia, jakby miały stać się ciałem, ułomnym, ślepym, któremu odjęte jest „czyste” widzenie, zdrowa organoleptyka. To jest też widzenie jakby z wnętrza matczynego brzucha, przez którego skórę dociera przytłumione światło i prześwitują rozmyte kształty. Świat to pierwotna rana – wydają się „mówić” przywołane wersy – egzystencja to blizna, która jątrzy się aż po śmierć. Stąd awersja do życia, któremu brakuje ciepła, które nie ma swojego miejsca, które zostało zdominowane przez traumę, niewypowiedzianą interwencję realnego. Blizna ukrywa ranę, która przechodzi przez gardło, przez wewnętrzną stronę powieki, zaczęła się od dotyku i zmusza, by otwierać oczy, które wolą pozostać zamknięte, zszyte. Jak podmiot liryczny odczuwa ów lęk, przed bytem-niebytem?

Przypływ Myślę, że pewnie śni jej się przypływ, krople potu? A może śnią / jej się zmarli, jak zwykle – ich zimne dłonie, głód i ta dziwna / czułość, z jaką kradną jej ciepło. Zapaść Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna […] Dawni znajomi / już tu nie przyjdą, nikt mnie nie znajdzie. Oni wciąż jeszcze noszą po mnie blizny, / oglądają zdjęcia. Ja ciągle pamiętam ten ich ciepły spokój, // burze w sierpniu, chleb. Smołę. Bezdech To staje się szybko, zapada się; drga, jak wepchnięte w rezonans. / Nawet ściany parują z nadmiaru, sen się skrapla w pościeli, / osiada na porach. Wnętrza […] Zbyt krótka zima, / jak błysk światła w świetle; pełen rząd błysków. A potem zimno / na całym oddziale, otwarte okna czekały na obchód // tak jak się czeka na ból. Poza […] a przecież śmierć nie jest tym pustym, zimnym pokojem – / można ją poczuć, gdy sen się urywa // i włącza się światło; obraz przełyka skórę, połyka tlen. / Zostaje już tylko patrzeć, odwrócić się, / zapaść do środka, jak w wodę. Próba powietrza […] Znowu przełykasz i znowu jest światło / w odcieniach, rozciągniętych przez całe osiedle. […] Pora na wchłanianie, szukanie śladów z zeszłego roku, oswajanie się / z ciepłem. W chwili, w której nabierasz to w ręce, zawraca; […]

Owo przełykanie, to jakby pierwszy sposób doświadczania świata, przez zmysł smaku właściwy dla zwierząt i niemowląt. Zaś bycie przełykanym sugeruje nieco wcześniejszą, prenatalną fazę. Świat jawi się wtedy w stanie embrionalnym. Może dlatego wiersze Joanny Lech wypełnia „głód”, głód ciepła, głód życia. Trzeba się cofnąć, zapaść w siebie, jakby „uprzedzić” ingerencję traumatycznego wydarzenia, żeby świat mógł zostać na nowo przyjęty a on z kolei mógł przyjąć gotową na niego istotę. Tę sytuację symbolizuje szpital – miejsce choroby i wyzdrowienia.

Niektóre wiersze Lechowej kryją w sobie trudną, miłosną historię, która także nosi „prenatalne” cechy „opowieści” niezdolnej do przeobrażenia, do „wywodu” ku lepszej rzeczywistości. Relacja z „Ty”, partnerem podmiotu lirycznego, staje się metaforą zamknięcia na rzeczywistość, opisuje symboliczną „zapaść”, wycofanie postaci, dla której wszystko wydarza się za półprzezroczystą ścianą.

Ciąg dalszy […] Niczego tu nie ma, // powtarzam, gdy sięgasz do góry i między palcami łuszczy się światło; / ostatnie błyski, okruchy, które tak trudno zatrzymać, Skutki uboczne […] Chyba od dawna brakuje nam siebie, choć zasypiamy na końcach / tej samej skóry, to ty zapadasz się z innym dźwiękiem; fałszujesz. Zamiast Pokruszone skorupy, wnętrze zatoki jak wywrócone na drugą / lewą stronę, bliżej do światła. Może do nieba. Może do ciebie? […] I nawet teraz, kiedy przesuwam palcami po twojej dłoni, staje się zimna, / blada i tak samo obca. Odległości […] gdy próbuję nas jakoś nazwać, wracają bóle przy sercu, zawroty głowy. / Znowu siadam pod ścianą, powtarzam: to się chyba wydarza beze mnie, / jak początek jakiejś dziwnej choroby, ostre objawy. A jeszcze nad ranem / śniło się zimno, przyśnił się deszcz i zęby zasiane w pustym pokoju, / odciśnięte na brzuchu; nic się nie urodzi.

Zęby i kości to najstarsze, właściwe dla paleolitu, symbole odradzającego się życia. W marzeniu sennym być może wskazują możliwość ponownych „narodzin”, a więc zdolność do uwolnienia się od dławiącego egzystencję, „prenatalnego” sposobu percepcji świata. Z drugiej strony to paradoksalnie jedyna bezpieczna sfera. Dlatego ostatni wiersz projektowanego tomu pozostawia czytelnika w przestrzeni zamkniętej na wszelkie rozwiązanie.

Odpryski […] Przestaję już wierzyć w głód / i w całą resztę wspomnień. Pocierając dłońmi, wyznaczam granice; / odtąd jestem i tutaj się kończę, na ścianach. […] Z wnętrza wychodzą sny, / nagie i obce. Chyba południe, bo wracasz. / I wszystko znów się zapętla.

Jak pępowina. Można więc określić „Zapaść” Joanny Lech jako projekt konsekwentnie budujący autystyczną przestrzeń wewnętrzną podmiotu lirycznego, stan zatrzymania, bezruch. I w takiej „śmiertelnej” krainie dojrzał do poetyckich narodzin kolejny frapujący debiut.

Przemysław Owczarek
"Re:presja" nr 4/2009

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2011