recenzje

Nazwisko Joanny Lech już od paru lat pojawia się na łamach czasopism literackich, zdobywała ona także główne nagrody w prestiżowych konkursów - Rilkego i Bierezina. Książka to jednak coś innego niż najdoskonalszy konkursowy zestaw wierszy czy publikacja prasowa. To kolejny próg do przekroczenia, poprzeczka do pokonania. Dla kogoś, kto tak jak ja, podpatruje już od dłuższego czasu rozsypane w najróżniejszych miejscach wiersze Joanny Lech, pojawienie się jej tomiku miało przynieść odpowiedź na pytanie, jak autorka poradzi sobie z tym nowym wyzwaniem.

Zapaść sprawia wrażenie książki spójnej, starannie skomponowanej. Nie jest to z pewnością zestaw wszystkich opublikowanych wcześniej tekstów, co zdarza się debiutantom dość często. Z pozoru te wiersze niespecjalnie wyróżniają się na tle innych. Nie zaskakują ucha, przykrojone tak, jak dzisiaj się wiersze kroi. Są nieufne w sposób jak dziś nieufnym wobec języka być powinny. Introwertyczność, depresyjność, wzmacniana przez ponure obrazy - wszystko to wydaje się dość znane współczesnemu odbiorcy. Łatwo przejść koło tych tekstów obojętnie, bo nie starają się nas za wszelką cenę uwieść. Czym zatem wyróżnia się poezja Joanny Lech na tle dzisiejszej produkcji młodoliterackiej?

Sądzę, że "somatycznością" języka. Nie polega ona bynajmniej na nagromadzeniu słów i fraz odwołujących się do ciała, lecz raczej nierozerwalnym związkiem formy tych wierszy z emocjonalnością bohaterki. Zapaść - to nie tylko tytuł tomu, ale i stan niewydolności języka, który dotyka osobę ponadprzeciętnie wrażliwą na słowo. Język, którym posługuje się młoda poetka ma raczej powracać do wewnątrz - do źródła a nie podbijać świat. Takich wierszy się nie poleca - napisał w recenzji tomiku Karol Maliszewski - bo to brzmi tak jakbym komuś życzył, żeby go rozbolał ząb. Należy się z nim zgodzić, jednak to właśnie jest argumentem za ich wiarygodnością, bo wiarygodne wiersze to te niechciane, które przychodzą przez ból. Inaczej niż u innych autorów, którzy w mało twórczy sposób nawiązują do poetyki Andrzeja Sosnowskiego, świat wykreowany przez Joannę Lech nie wydaje się chłodną tekstową konstrukcją, która skrywa miałkość przesłania. Porównywano już jej utwory do poezji Romana Honeta, osadzając w tzw. nurcie wyobraźniowym. Myślę, że jest to raczej powierzchowne podobieństwo; zresztą u Joanny Lech brak tego rozbuchania obrazów, co we wczesnych książkach autora Pójdziesz synu do piekła. Brak również zdradzanej bezpośrednio intertekstualności, którą wiersze Honeta są najeżone, jedynymi bodaj nazwiskami przywołanymi w Zapaści są Bohumil Hrabal i Lech Janerka. Joanna Lech choć posługuje się modnymi obecnie idiomami młodej polskiej liryki, wciąż stawia swoim wierszom zadanie zbliżania się do niewyrażalnego. Klimat tomiku można porównać do Nieustających wakacji Jarmusha. Podobne jak w tym filmie obrazy rozpadu, urywające się melodie, brak przywiązania do miejsca, szukanie, krążenie, niemożność przełamania dystansu, zapis jakiejś wiszącej w powietrzu traumy... Bohaterka wydaje się być kimś pokrewnym nastolatkowi, który jest głównym bohaterem Nieustających wakacji. To ktoś, kto jest tu tylko na chwilę, ktoś kto dryfuje, nie ma punktu zaczepienia. Obsesyjnie powtarzane obrazy rozpadu, gnicia, niszcząca działalność żywiołów - to wszystko sprawia, że powietrza nabrać możemy tylko w przerwach między poszczególnymi wierszami.

Pewnikiem jest dzieciństwo i boleśnie wykluwająca się dorosłość. Obrazki z przeszłości nie są odwołaniem do dzieciństwa szczęśliwego. Nie tylko dlatego, że dotyczą sytuacji na ogół przykrych, ale właśnie dlatego, że są "wyrwane z dzieciństwa" a więc ze swojego pierwotnego kontekstu. Dzieciństwo to zamknięta opowieść, która nie daje się odtworzyć. Całe życie zdaje się być rozpisane na niepowiązane ze sobą, rozpadające się sceny:

To się zapada: scena za sceną, życie po życiu a każde jest bardziej gorzkie,
niż pamiętałam. Zapisuję to wszystko na kołdrze, przesuwam palcami,
i tak jest wilgotna. Drganie jakby coś się ruszało pod skórą,

mówili, że się wykluje.

Bohaterka zaczyna mówić w momencie, kiedy czuje obcość wobec dziewczynki, którą niegdyś była; kiedy świat "jest o krok odtąd". Poczucie, wyrzucenia "poza siebie" pojawia się zwykle w sytuacjach skrajnych, granicznych. Mogą być nimi koniec miłości, śmierć kogoś bliskiego, choroba. Nieodwołalność zdarzeń, niemożność powtórzenia, powrotu, alternatywnego początku wiąże się zawsze z bólem i uczuciem utraty. Głód - to inne słowo-klucz w tym tomiku, w otwierającym książkę wierszu jest definiowany jako "zimny dotyk, który zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł". Głód odsyła do czegoś, czego brak. Jedne z lepszych tekstów w zbiorku to te, gdzie autorka pisze o relacjach między kobietą a mężczyzną. Eksponuje wówczas chwile, w których pojawia się obcość, kłopotliwe milczenie, brak tęsknoty do "miękkiej strony języka", obojętność. Właśnie obojętność jest odwrotnością miłości a nie wybuchowa, żywiołowa nienawiść. Autorka Zapaści potrafi z maestrią odmalowywać subtelności chwilowych stanów psychicznych:

Odtąd jestem i tutaj się kończę, na ścianach. W pustym pokoju
godziny się kurczą, chowają pod łóżkiem. Z wnętrza wychodzą sny,
nagie i obce. Chyba południe, bo wracasz.

I wszystko znów się zapętla.

Mówi do nas ktoś, kto nie jest w stanie zdobyć się na wewnętrzne światło, ono zawsze przychodzi z zewnątrz, jest "kradzione spod okien", cudze. Sny z pozoru nie powinny być przyczyną bólu, przecież ""Sny nie zostawiają śladów, nie wydają odgłosów"... Nie może napisać takiej frazy ktoś, kto nie ma iskry talentu, lirycznej intuicji. Joanna Lech ma.

Artur Nowaczewski
Topos 1(110)/2010

Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna.
Joanna Lech

Podczas lektury debiutanckiego tomu Joanny Lech p.t. Zapaść (2009) najmocniejsze wrażenie zrobiła na mnie aura tej książki. Co jest dla tej aury znamienne? Otóż coś, co można by nazwać dotykaniem rozkładu. Znajdujemy się w świecie, który niszczeje, którego zasadą istnienia jest obumieranie. Zwykle jest tak, że obszarom doświadczeń negatywnych twórca próbuje przeciwstawić wymiary pozytywne. U Joanny Lech jest inaczej. Rozkład zdaje się infekować wszystko: jawę i sen, dorosłość i dzieciństwo, teraźniejszość i przeszłość, samotność i interakcje. Z zapaści nie widać wyjścia, stąd poczucie zamknięcia, ciasnoty, klaustrofobii. Dlaczego tak się dzieje?

Pewnie dlatego, że psychice wrażliwej, personie o wyostrzonej (samo)świadomości, osobie o "etycznej nadwyżce" trudno przystać na ten-tu-oto-taki-świat. Ten świat jawi się jako przestrzeń nie do oswojenia, nie do zamieszkania, nie do życia. Ten świat doświadczany jest jako obszar całkowicie przygodnych: zachowań, odruchów, relacji, jako sfera dowolności i nietrwałości, jako przestrzeń, w której królują znaczenia chwilowe i względne. Ekwiwalentem tak postrzeganej rzeczywistości są w Zapaści : obrazowanie i język.

Światem przedstawionym wierszy Joanny Lech rządzi "logika" snu. Obrazy nie są tu dziełem racjonalnego konstruktora, lecz jawią się jako ekspresje/ ekstazy intensywnych przeżyć, przeczuć, zranień, leków. To swoiste "wydzieliny" naznaczone tym wszystkim, co składa się na podmiotowe istnienie i doświadczenie. Nie oznacza to jednak mimetyzmu czy weryzmu. Obrazowanie w Zapaści jest oniryczne, a więc buduje swą semantykę poprzez: natręctwo powtórzeń, odległe skojarzenia, zaskakujące asocjacje, dysonanse i paradoksy. Te obrazy są niekoherentnie koherentne tzn. trudno je przetłumaczyć na spójność pojmowaną racjonalnie, gdyż odwołują się do innych kryteriów spójności takich choćby jak: intuicja, przeżycie, przeczucie, trauma.

Świat prezentowany w Zapaści trawi choroba:

Niebo mieliło dym jak przekleństwa, kręciło się w oku. Wakacje pachniały colą
i zgniłym sianem, trawą koszoną w szpitalnym parku. Upał dopiero się rodził,
w zarośla zakradał się szum i żyły pęczniały na słońcu, goiły się strupy.
Tamtego lata zeszła mi skóra z twarzy,

jak farba zdrapana z kapliczki. Ale to upomniało się o nas później,
gdy już przestaliśmy śnić o chorobach, urazach mózgu.

Wnętrza

Częste są w wierszach Joanny Lech obrazy: gorączki, strupów, blizn, obtarć. Wszystko zdaje się zainfekowane, wydane na pastwę jakiejś "dziwnej choroby", telepiące się w gorączce i dreszczach. Najgorsze, że nie jest to stan chwilowy, przejściowy, lecz raczej przypadłość trwała ("Od zawsze tylko gorączka i głód, od zawsze zimno").

Inną cechą tej rzeczywistości jest jej degradacja:

Zaraz za dworcem ruiny domu, rozbite okna, śmieci. Złamany trzepak.
I nic tutaj nie ma, nic nie zostało; zarosły ślady, więc nie rozumiem,
(…)
(…) Przecież niczego tu nie ma. Nic tu nie jeździ; pusty dworzec,

Ciąg dalszy

Coś, co kiedyś było tajemnicze i wieloznaczne, teraz jawi się jako ruina; nie tylko w sensie materialnym, ale także semantycznym i etycznym.

Choroba i degradacja to metafory kondycji naszego świata; świata, zdaniem poetki, wytrawionego z empatii, bliskości, ciepła, świata cierpiącego na niezliczone przejawy dehumanizacji, na którą się godzimy, i którą wzmacniamy własnym postępowaniem. Także sfera intymności naznaczona jest poczuciem obcości i obawą przed zranieniem:

To coraz częściej swędzenie, a nie migotanie.
Chyba od dawna brakuje nam siebie, choć zasypiamy na końcach
tej samej skóry, to ty zapadasz się z innym dźwiękiem; fałszujesz

Już zapomniałam, że trzeba się dzielić, nawet znudzeniem.
Zapominam o otworach, w które czasami jeszcze się wsuwasz,
jakbyś chciał mnie dotknąć do żywego mięsa.

Skutki uboczne

Tytuł tomu Joanny Lech jest nader adekwatny do tego, o czym te wiersze traktują. W końcu zapaść to "stan ostrej niewydolności krążenia połączony z nagłym spadkiem ciśnienia krwi, objawiający się silnym osłabieniem i uczuciem zamierania, często z utratą przytomności".

Nie do końca natomiast zgadzam się, ze stwierdzeniem Macieja Meleckiego, zamieszczonym na czwartej stronie okładki, że "Język tych wierszy ulega coraz to większemu rozpadowi, choć do końca zachowuje pozory zborności". Jakoś nie widzę w tym języku oznak "zapaści". Jest to natomiast język o wyrazistej leksyce, precyzyjnej semantyce, spójnej składni. Jest być może tak, że właśnie język stanowi tu element w miarę stabilny i zdrowy, że to on daje jakiś rodzaj oparcia. W końcu nazywanie "choroby" już może być jakąś formą terapii.

Joanna Lech jest poetką egzystencji, bowiem intensywne osobiste przeżycie jest u niej źródłem wiersza. Ale zarazem widać w tej poezji niemały potencjał intelektualnej odwagi w odsłanianiu ciężkich przypadłości naszego świata. Zaczyna się być może kolejna ważna poetycka przygoda, której znakami firmowymi są, póki co, odwaga poznawcza oraz wieloznaczny, sugestywny, drapieżny obraz wypływający z traumatycznych doświadczeń.

Grzegorz Kociuba
Truml.com

Tom poezji Joanny Lech ukazuje się w ramach Biblioteki Laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina. Warto o tym fakcie wspomnieć, bowiem poetka, wyróżniona główną nagrodą w 2007 roku, znalazła się w gronie twórców młodego pokolenia wyraziście obecnych na poetyckiej mapie Polski. Są wśród nich m.in. Krzysztof Siwczyk, Marta Podgórnik, Edward Pasewicz, Szczepan Kopyt czy Przemysław Owczarek. Zapaść to debiut książkowy autorki; debiut, zaznaczmy to koniecznie, bardzo dojrzały.

Lech wydaje się balansować między próbą racjonalnego opisu sytuacji granicznych a koniecznością oddania atmosfery szaleństwa, obłąkańczego rytmu, który każe poddawać się chwili, choć moment ten może jedynie prowadzić do katastrofy. Określeniem adekwatnym do klimatu panującego w wierszach jest łapczywość. Dotyczy zaś ona nie tylko doznań pozytywnych, ale też tych, które niosą ból. Prowadzi natomiast do nieuniknionego końca, którego przeczucie towarzyszy podmiotowi mówiącemu właściwie w każdym utworze. Już w wierszu otwierającym tom da się zauważyć powyższe tendencje. Tytułowy Głód staje się niemalże jednym z aktorów spektaklu miłości, namiętności, niezaspokojenia, apetytu na ponowne zespolenie ciał. Lech, choć w tym miłosnym wierszu zbliża się niebezpiecznie do kiczu, to jednak zatrzymuje się na krawędzi, nie robi tego kroku, który obnażyłby fasadowość wykreowanej sytuacji. Wyolbrzymienie i granie z konwencją romansu wydaje się więc w tym przypadku świadome. Podobnie dzieje się w wierszu zamykającym tom. Odpryski to przypieczętowanie historii, która nie mogła się dobrze skończyć. Tu także dominuje obsesyjnie wręcz odczuwane pragnienie, przeżywane jest jednak w samotności, bo przybycie drugiego człowieka niczego nie rozwiązuje, wręcz przeciwnie - osoba mówiąca jeszcze bardziej musi udawać, że w masce przysłaniającej prawdziwe oblicze jest jej wygodnie.

Joannę Lech interesuje nieprzystawalność form, w które człowiek jest wtłaczany przez społeczeństwo, do jego rzeczywistych kształtów. W efekcie - metaforycznie rzecz ujmując - życie nie tylko uwiera, ale można je również podejrzewać o oszustwa. Nic więc dziwnego, że w orbicie zainteresowań poetki są Pęknięcia lub Sen na krawędzi. Wspomniane zakłócenia można także dostrzec, gdy zatrzymamy się i poświęcimy trochę czasu codzienności. Lech sugeruje, że to, co niezauważone, opowiada czasami o rzeczach ważnych. Problem tkwi w słuchających - nie każdy bowiem umie czytać milczenie lub znaki zwyczajności. W Nic więcej, w Próbie powietrza, w Pryzmacie czy w Nic z tego jesteśmy świadkami właśnie takich chwil. Pozornie nic się nie dzieje, w rzeczywistości świat ulega istotnym przewartościowaniom.

Joanna Lech obsesyjnie powraca do motywu "lepienia" człowieka przez oczekiwania społeczeństwa i ograniczania go przez przygotowane wcześniej szablony, do których, chce czy nie chce, musi się dopasować. Wiersz Wszystko w normie kończy się sformułowaniem: "Niby wszystko w normie". Pozorne dostosowanie się ma bardzo konkretne konsekwencje - boli, rani, osacza, uniemożliwia sprawne funkcjonowanie. Blizny nie mogą się wówczas zagoić, a próba sprostania wzorcom, z którymi podmiot mówiący się nie utożsamia, jest jedynie rozdrapywaniem ran. W wierszu Agnieszka W. odkręca gaz możemy przeczytać: "Wyciągnięta na brzeg, oddycham płytko, przez zęby I i nadał nie patrzę na ręce. Blizna, która przechodzi przez gardło, I zaczęła się od dotyku".

Tom poezji Joanny Lech zamienia się więc w opis choroby - nieuleczalnej, nękającej przede wszystkim duszę, wykluczającej i prowadzącej do napiętnowania emocjonalnym kalectwem. Poetka, jak już wspomniałam, chętnie stosuje wyolbrzymienia, igra z konwencją melodramatu, epatuje spektakularnymi gestami. Choć momentami jest wtórna w swoich rozważaniach - zwłaszcza wtedy, gdy opisuje "ból istnienia" i gdy dochodzi do tytułowej Zapaści, to jednak potrafi zaintrygować i utrzymać uwagę czytelnika.

W tym szaleństwie jest metoda - można by rzec nieco żartobliwie. Lech bywa egzaltowana, ale "używa" rozedrgania i szaleństwa z wrażliwością, która sprawia, że łatwo jej uwierzyć. Dzięki temu "używanie" zamienia się w "przeżywanie", a fragmentaryczna opowieść o doświadczanym opętaniu w narrację zadziwiająco spójną.

Bernadetta Darska
Nowe Książki 5/2010

W wierszach Joanny Lech (urodzonej w 1984 r.), narzuca się zwłaszcza widmowość i równocześnie pokawałkowanie rzeczywistości. Świat do rozpoznania został tu udostępniony wyłącznie fragmentarycznie.  Nie zapewniając wystarczającego odniesienia do całości, przemawia przez pamiątki, obsesyjnie powracające i uchwytne wyłącznie dla zmysłów: blizny, chłód i wilgoć, która „wciska się tu przez wszystkie szczeliny”. Lech podkreśla znaczenie dysonansu pomiędzy nią a otaczającą ją rzeczywistością, jej niepewność wydaje się posiadać wymiar elementarny, o czym świadczą choćby zdawkowe określenia upływającego czasu: „chyba południe”, właściwe dla obserwatora, który zatracił orientację względem zasadniczych punktów odniesienia.

Bohaterka wierszy Joanny Lech zaznaje dojmującej obcości także względem samej siebie. To odczucie wydaje się rozprzestrzeniać na otoczenie. Można powiedzieć, że znajdujemy tu uwspólnienie w obcości: „kiedy przesuwam palcami po twojej dłoni, staje się zimna / blada i tak samo obca”.

Interesującym motywem w liryce Lech jest głód. Pojawia się notorycznie. Niewykluczone, że stanowi podwójny test: potwierdza fizykalne istnienie pozostałości po świecie rzeczywistym oraz sankcjonuje obecność bohaterki wierszy. Zestawiony ze zmysłem dotyku, nabiera atrybutów właściwych dla przedmiotu i pozostawia po sobie ślady: „Blizna, która przechodzi przez gardło, / zaczęła się od dotyku”.

„Zapaść” – tak można by podsumować debiut Joanny Lech – to smutna i poruszająca opowieść o świecie, który zawsze okazuje się cudzy i niewystarczający, i o samotności, której sens – na podobieństwo sensu owego świata – w ostatecznym rozrachunku może okazać się wątpliwy.

Roman Honet
Tygodnik Powszechny 19/2010

Nagrodzona w konkursie im. Jacka Bierezina książka Joanny Lech, wciąga swoim klaustrofobicznym rytmem. Powtarzające się słowa-klucze: głód, światło, pętla, gnicie, mogą u czytelnika wywoływać konsternację (ile można o tym?), ale szybko się orientujemy, że w tym szaleństwie jest metoda.

Autorka opisała zaklęśnięcie podmiotu lirycznego w świecie, w którym „nawet słowa są ciężkie od wody”. Opisać odwrócenie się od świata, tak by uniknąć sztucznej pozy „emo” – to udało się bezwzględnie. Podmiot liryczny z każdym wierszem zapada się w podłogę, w łóżko (coś jak u The Cure w „Lullaby”) i pokazuje nam „bliznę po wewnętrznej stronie oczu”. Autentyczności jego przeżyć dodało przywołanie dzieciństwa – czasu, gdy zbuntowana małolata „rzucała się na powietrze i zaraz potem upadała na twarz, koło śmietnika”. To z niej się śmiano „będziesz tym w co się bawisz, wiedźmą z innej bajki”. Teraz wiedźma z innej bajki opisuje swój letarg, swoje „życie po życiu.” Jej czarno-czarny świat ma urok tekstów piosenek Alice in Chains. Fascynowałem się tym zespołem w czasach studenckich... Fraza Joanny przypomniała mi od razu człowieka z zaszytymi oczami w zakończeniu teledysku „Man in the Box”. Ze skojarzeń literackich: bardzo dobry tomik Katarzyny Zdanowicz-Cyganiak „deadline”.

Czym straszy nas Lech? Jakimiś narkotycznymi, szpitalnymi wizjami: „Po korytarzach chodzą umarli, zdziwieni, że jeszcze nie pora na obchód.”, „Na poligonie rodzi się dziecko, ma palce splątane drutem” (Mgnienia), „psy gubią się w trawie, ciągnąc za sobą smycze jak pętle”(Próba powietrza).

Znając fizis autorki, trudno uwierzyć, że to w jej życiu, w jej głowie lęgną się te konstatacje. Ale choć one niewesołe, to lektura tych grząskich, gnijących metafor jest zajmująca. To dobre frazy, które choć korzystają czasami z tych samych klisz (powtarzające się słowa), potrafią dać satysfakcję.

Dużo jest głodu, połykania, zjadania, przełykania... Dużo traumatycznych doświadczeń: kapsli zbliżających się do żyły, „zimny dotyk, zaplatał w nas supły”, „po jednej nocy już wszystko miało smak tynku, zapach lizolu”.

Przypomniałem sobie jednego z jurorów, który nie wytrzymał i już w kuluarach zdradził werdykt Bierezina. A potem widziałem go na widowni lekko drzemającego. Teraz wiem, że zapadał się w świat niesamowitych zwidów.

Krzysztof Kleszcz
bialafabryka.blogspot.com

W wydanym w Bibliotece Laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. J. Bierezina pod auspicjami "Arterii" debiutanckim tomie Joanny Lech dominują obsesyjne opisy zamierania, głodu i skąpe, za to równie natrętne sygnały, wysyłane jakby w dążeniu do rozpoznania świata, a zwłaszcza swojej własnej obecności, ale ostatecznie niestwierdzające niczego, niedające żadnego przekonania co do zasadniczych kwestii. "Ponieważ życie składało się z zimnych obrazów" - zapisała Joanna Lech i ten cytat proporcjonalnie oddaje właściwości obrazowania w jej wierszach: pejzaży zastygłych, krajobrazów nieprzystępnych, odstręczających, okaleczonych przez chłód i przesyconych wilgocią, "która wciska się tu przez wszystkie szczeliny".

Na szczególną uwagę w tomie Joanny Lech zasługuje kilka zagadnień. Pierwsze można powiązać z gestem przełykania, raz po raz wracającym na stronach Zapaści. "Tam będzie wzbierać, / będzie zarastać łuską i uczyć się przełykać" - taką przyszłość przeznacza Lech dla jednej z bohaterek swoich wierszy, "wszystko można przełknąć" - dodaje w innym. Odczytałem to jako zapisy osoby definiującej na własny użytek sytuację depresyjnego zamknięcia w bezsilności, gdzie "przełknąć" może oznaczać "przetrwać", "obejść się bez czegoś/kogoś". Ten świat jest wypatroszony, pusty, jak zapisuje Joanna Lech "skurczył się do oczu - gdzieś tam są sidła i słychać mlaskanie". Jedyne elementy, za pomocą których nadal oddziałuje na zmysły, okazują się - ze swojej natury - nieuchwytne: "Może jeszcze próbujesz coś złapać - tamtą chwilę, rozcięte niebo, siebie / na zdjęciu? Przecież niczego tu nie ma. Nic tu nie jeździ; pusty dworzec, / ławki, perony. Las za zakrętem. Niczego tu nie ma, // powtarzam, gdy sięgasz do góry i między palcami łuszczy się światło; / ostatnie błyski, okruchy, które tak trudno zatrzymać, trudno się ich uchwycić".

W poezji Joanny Lech - i to mogłoby być kolejne zagadnienie - ta poznawcza deprywacja zostaje doprowadzona do momentu krańcowego, gdzie "coś" albo - to chyba lepsze ujęcie - "ktoś" nie oznacza innego, ale samego siebie. Zanim Lech skreśli ostateczną kwestię: "Nie rozpoznaję w tym siebie", wprost świadczącą o definitywnym rozdźwięku pomiędzy nią, a otaczającą ją rzeczywistością, zanim - zachwiana wobec elementarnego porządku - da wyraz zagubieniu i niepewności, taktując w wierszach czas zdawkowymi określeniami w stylu "chyba południe", dokonuje przewlekłej i rozpaczliwej autodiagnozy, gdy "słowa same wychodzą spod skóry, / obce i ciche, i dziwnie zatarte", a "Z wnętrza wychodzą sny / nagie i obce". Ta obcość wobec siebie, na powyższym przykładzie przedstawiona w wymowny sposób, rozprzestrzenia się, jej uciążliwa obecność jest zaraźliwa i przenosi się na otoczenie: "kiedy przesuwam palcami po twojej dłoni, staje się zimna / blada i tak samo obca".

Można by również pochylić się - i to mogłoby być kolejna, zasługująca na uwagę, kwestia w liryce Joanny Lech - nad motywem głodu w jej utworach. "Zjadaliśmy się nawzajem, a głód, / ten zimny dotyk, zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł" - ów reminiscencyjny zapis mógłby sugerować, że głód stanowił test na fizykalne istnienie: rzeczywistości i własne, i można odnieść wrażenie, że był jego - wobec braku odmiennych - jedyną dostępną miarą. Jak gdyby pochłanianie mogło stanowić wyłączną sankcję obecności, nieprzypadkowo głód został tu zrównany ze zmysłem dotyku i pozostawia po sobie ślady: "Blizna, która przechodzi przez gardło, / zaczęła się od dotyku". Może to jedyne namacalne ślady, dowody desperackich wysiłków, żeby pozostać w świecie - realnym, w kondycji - na tyle niezachwianej, żeby nie zapaść się tam, gdzie swój urząd sprawują urojone zapachy oraz żywioły pozbawione właściwości, które tu znaliśmy.

W wierszach Joanny Lech pojawia się niewiele postaci. Jedna z nich, jej tajemniczy interlokutor, przekroczył pewną granicę i teraz mówi: "Ten kwaśny zapach [...] to przede wszystkim". Ale jego rozmówczyni okazuje się wyrozumiała. Może domyśla się, może wie: "Po paru dniach zaczynam rozumieć, gdy mówi, / że boi się śniegu, że śnią mu się pola maków, / które nigdy nie zakwitną ani nie zwiędną".

Roman Honet
biuroliterackie.pl

Nie biegniemy ku śmierci, uciekamy przed katastrofą narodzin. Udało nam się jakoś ujść, miotamy się tu i tam, próbujemy zapomnieć. Strach przed śmiercią jest tylko projekcją w przyszłość lęku datującego się od pierwszych naszych chwil.

E. Cioran, O niedogodności narodzin

Po raz pierwszy z wierszami Joanny Lech spotkałem się biorąc udział w obradach jury 13 Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego na debiut książkowy im. Jacka Bierezina, który od czternastu lat organizuje Łódzki Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Spośród kilkunastu zestawów, propozycję opatrzoną godłem, za którym kryła się nieznana mi bliżej autorka, określiłem jako spójną i sugestywną. Werdykt jury, który przyznał zestawowi główną nagrodę wydał mi się słuszny. Zresztą Joanna Lech była nie tylko zdobywczynią Bierezina, ale również laureatką prestiżowego sopockiego konkursu im. R.M. Rilkego. Przed nią chyba tylko Piotr Kuśmirek zdobył obydwie nagrody.

Organizator konkursu, zobowiązany regulaminem, zaplanował wydanie nagrodzonego maszynopisu we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa. Cykl wydawniczy miał trwać jedenaście miesięcy. Jednak książka nie wyszła przy następnej edycji konkursu (nie było w tym zresztą winy organizatora konkursu), a powody zaistnienia takiej sytuacji są w środowisku literackim dość powszechnie znane, więc daruję sobie ich opis. W każdym razie, w roku 2009 SPP OŁ może zrealizować przyjęte zobowiązanie. Książka pojawi się w grudniu, w serii „Biblioteka Arterii”, wraz z kolejnym numerem łódzkiego kwartalnika i będzie dostępna w sieci salonów sprzedaży „Empik”.

Choć nad debiutanckim tomem Joanny Lech trwają jeszcze kosmetyczne prace redakcyjne sądzę, że warto nakreślić interpretacyjne pole tych wierszy. Jak też zachęcić krytyków do zaproponowania innych sposobów lektury niż poniższy, antropologiczny, nastawiony na szukanie podobnych symbolicznych tropów w tekstualnej przestrzeni wierszy.

***

Jeżeli poetów można podzielić na „rolników” (wybór rodzaju/płci proszę traktować tylko jako sygnał szerszej reprezentacji) – którzy wciąż sieją ten sam temat, uprawiają stałe motywy, próbują rozprawić się obsesjami oraz „myśliwych/nomadów” – którzy wciąż wędrują za nową formą jak za „zwierzyną”, ku innym miejscom inspiracji, eksperymentują i nie mogą się osadzić w jednej poetyce, to Joanna Lech niewątpliwie należy do pierwszej kategorii. Poetka poddaje się nawrotom konkretnej leksyki, krążeniu tych samych motywów, które bezustannie rodzą się i obumierają. Semantyczną przestrzeń wierszy najczęściej ustanawiają takie słowa jak: „głód”, „ciepło”, „zimno”, „obcość/obcy”, „blizna/rana”, słowa związane z widzeniem/postrzeganiem: „oczy/powieki” oraz najczęściej pojawiające się „światło”, które wyjawia znaczeniowe tło, oświetla mętną, akwatyczną naturę tekstów. Ruch w owym świecie często organizują bezokoliczniki, kontakt z otoczeniem podmiotu lirycznego ma charakter spostrzeżeniowy i oralny – świat, jego „obcą” ontologię – podmiot liryczny „pochłania” bądź wyrzuca z siebie poprzez widzenie, dotyk i przełykanie. Bycie w zawieszeniu, mediacji sygnalizują wydzieliny: krew, wymiociny i pot. Punktem odniesienia jest przeszłość, czas zdany na nieistnienie, ale też zadany. Traumatyczne doświadczenie z dzieciństwa?

Głód […] mieszkaliśmy / w obcych domach, w cudzym świetle, kradzionym spod okien. […] Odpływ znaczył tyle, co ciepło, więc chłonęliśmy wilgoć / rozchylonymi ustami, uniesionymi do góry. […] a głód, / ten zimny dotyk, zaplatał w nas supły, podchodził do gardeł Motyw zapalny […] Od zawsze tylko gorączka i głód, od zawsze zimno. / Może dlatego mówię do siebie przez sen, w którym pokój powoli / wypełnia się wodą, zalewa łóżko? […] Za to głowa jest ciężka od słów, obrazków / wyrwanych z dzieciństwa. Pęknięcia […] chłopcy wychodzą z kadru. / Prowadzą wojny przeciwko mleku i kotom, już są spóźnieni. […] Nie rozpoznaję w tym siebie, kiedy zmienia się światło. / […] Niech będzie, że świat skurczył się do oczu - / gdzieś tam są sidła i słychać mlaskanie, gdy koci język przesuwa się po ostrzu. Sen na krawędzi Obok chłopcy budują zamek, rzucają się piaskiem. Dziewczynka płacze. / Śmieją się, kiedy wyjmuje spod skóry kawałki szkła. / tak, od dzisiaj będą nazywać ją Dziwna. // To nic; chowa się za rękami. Tam będzie wzbierać, / będzie zarastać łuską i uczyć się przełykać. Intro Ma nabrzmiały brzuch i ręce pełne światła, gdy je podnosi / i otwiera w powietrzu jak wachlarz. Jeszcze nie wie, po co tu przyszła, / ale nie wyjdzie. Ma w sobie inną ciszę, gorzką i lepką jak krew. Skrobanie Nie, to nie jest zły sen. Już nigdy nie będzie. Pamiętasz druty w fabryce, / w której bawiłeś się jako dziecko? Tamte wieczory, te wszystkie dni / odkrywane ostrożnie, jak po omacku?

„Światło” w tych wierszach często oznacza emocjonalne ciepło, a z drugiej strony ujawnia śmiertelną przypadłość wszelkiego życia. Nieokreśloną nostalgię charakteryzuje przekonanie o niepodważalnym panowaniu przeszłości, rezygnacja właściwa dla melancholii, która świadczy o tym, że podmiot liryczny „zapada” w mętną toń czasu, który odczuwa somnambulicznie i wsobnie. Ból stępiony przez czas podnosi się albo wsącza, zalewa ludzkie wnętrze, najbliższe otoczenie, sprawia, że podmiot liryczny „zapada się” w jakiejś topieli, i jakby tylko od strony dna może doświadczać rzeczywistość, widzieć ją w jej przejawach.

To są epifanie, które podmiot liryczny odrzuca. „Coś” się zjawia, ale jest obce, nie do przyjęcia, rani. „Coś” rozciąga się między zimnem i ciepłem, światłem i półmrokiem, bezpiecznym domem i obcym pomieszczeniem, w którym podmiot liryczny czuje się wydziedziczony. Zjawianie się i znikanie „rzeczy” należy do sfery między wskazanymi wyżej opozycjami, wydarza się w swego rodzaju „zatrutej” fenomenologii.

„Wszystko jest na gumce perspektywy” B. Hrabal […] Przejaśnienia są tylko pomiędzy i tego można // się trzymać. Jak Praga; Wszystko w normie […] Ślady ciepła rozpływają się szybciej, // niż pamięć o nich. Może dlatego nigdy nie sprzątam? Zmieniam imiona, ubrania. Miejsca, które po tygodniu są już tak samo znajome i wrastają w siatkówkę, aż boli. Czwarta rano Sen wypadł z okna. O świcie gubią się nawet ćmy i deszcz / zostawia na niebie szramy. […] słońce przychodzi za szybko i pali rany w powiekach, wbija siniaki. Agnieszka W. odkręca gaz […] I nie wiem, co chciałam znaleźć za tamtą ścianą. Ciepło? / Czy coś zgubiłam odwracając się od powietrza? […] Blizna, która przechodzi przez gardło, / zaczęła się od dotyku. Relanium Zatopieni w pamięci, schowani pod spodem jak nawóz. / Tak się kończy, jeśli się chciało za dużo powiedzieć, gniciem. […] Blizna po wewnętrznej stronie powieki. Otarcia Ważne były słowa, oswajanie znaczeń. Nowe nazwy, / żeby się lepiej ukryć pod spodem; lepiej wydobyć. […] Byłam kimś obcym, w innym odcieniu, / innym języku. […] Tamta dziewczynka czasami płacze, / tłucze butelki – gdyby nie głód, pewnie mogłaby przestać, zacząć / inaczej? […] // ale zobaczyłam ją w cudzym domu, w pożyczonej pościeli: / bez zabezpieczeń, bez zaciskania powiek. Nic z tego Ponieważ życie składało się z zimnych obrazów, prostych odniesień. / Szczypało w ramię; ocierało się o język, jak ślina. Wypluwałam za siebie nad ranem. / Sny były bliżej – na wyciągnięcie w łóżku, zamknięcie powiek. Nie dotykały. Gdzie indziej […] Jeszcze raz spojrzeć w słońce, napisać; mam zszyte powieki / i długie paznokcie; surowe ciało, skłonne do gnicia.

„Gnicie” jakby trochę z Honeta, ale nie otacza go kondukt surrealnych obrazów lecz widzenie bardziej skoncentrowane na najbliższym obszarze egzystencji. To jest opis poetycki bliżej realności, opis, który układa się w narrację sprzężoną i powiązaną logicznie. Dla podmiotu lirycznego świat istnieje w półmroku, jest „znikomy”, doświadczany zmysłowo, wypełniony umieraniem. Ale ten „sensualizm” określa tutaj nie rzeczywistość snu, a raczej śnienie palców. Jest w tych wierszach pewien rodzaj zagęszczenia, jakby miały stać się ciałem, ułomnym, ślepym, któremu odjęte jest „czyste” widzenie, zdrowa organoleptyka. To jest też widzenie jakby z wnętrza matczynego brzucha, przez którego skórę dociera przytłumione światło i prześwitują rozmyte kształty. Świat to pierwotna rana – wydają się „mówić” przywołane wersy – egzystencja to blizna, która jątrzy się aż po śmierć. Stąd awersja do życia, któremu brakuje ciepła, które nie ma swojego miejsca, które zostało zdominowane przez traumę, niewypowiedzianą interwencję realnego. Blizna ukrywa ranę, która przechodzi przez gardło, przez wewnętrzną stronę powieki, zaczęła się od dotyku i zmusza, by otwierać oczy, które wolą pozostać zamknięte, zszyte. Jak podmiot liryczny odczuwa ów lęk, przed bytem-niebytem?

Przypływ Myślę, że pewnie śni jej się przypływ, krople potu? A może śnią / jej się zmarli, jak zwykle – ich zimne dłonie, głód i ta dziwna / czułość, z jaką kradną jej ciepło. Zapaść Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna […] Dawni znajomi / już tu nie przyjdą, nikt mnie nie znajdzie. Oni wciąż jeszcze noszą po mnie blizny, / oglądają zdjęcia. Ja ciągle pamiętam ten ich ciepły spokój, // burze w sierpniu, chleb. Smołę. Bezdech To staje się szybko, zapada się; drga, jak wepchnięte w rezonans. / Nawet ściany parują z nadmiaru, sen się skrapla w pościeli, / osiada na porach. Wnętrza […] Zbyt krótka zima, / jak błysk światła w świetle; pełen rząd błysków. A potem zimno / na całym oddziale, otwarte okna czekały na obchód // tak jak się czeka na ból. Poza […] a przecież śmierć nie jest tym pustym, zimnym pokojem – / można ją poczuć, gdy sen się urywa // i włącza się światło; obraz przełyka skórę, połyka tlen. / Zostaje już tylko patrzeć, odwrócić się, / zapaść do środka, jak w wodę. Próba powietrza […] Znowu przełykasz i znowu jest światło / w odcieniach, rozciągniętych przez całe osiedle. […] Pora na wchłanianie, szukanie śladów z zeszłego roku, oswajanie się / z ciepłem. W chwili, w której nabierasz to w ręce, zawraca; […]

Owo przełykanie, to jakby pierwszy sposób doświadczania świata, przez zmysł smaku właściwy dla zwierząt i niemowląt. Zaś bycie przełykanym sugeruje nieco wcześniejszą, prenatalną fazę. Świat jawi się wtedy w stanie embrionalnym. Może dlatego wiersze Joanny Lech wypełnia „głód”, głód ciepła, głód życia. Trzeba się cofnąć, zapaść w siebie, jakby „uprzedzić” ingerencję traumatycznego wydarzenia, żeby świat mógł zostać na nowo przyjęty a on z kolei mógł przyjąć gotową na niego istotę. Tę sytuację symbolizuje szpital – miejsce choroby i wyzdrowienia.

Niektóre wiersze Lechowej kryją w sobie trudną, miłosną historię, która także nosi „prenatalne” cechy „opowieści” niezdolnej do przeobrażenia, do „wywodu” ku lepszej rzeczywistości. Relacja z „Ty”, partnerem podmiotu lirycznego, staje się metaforą zamknięcia na rzeczywistość, opisuje symboliczną „zapaść”, wycofanie postaci, dla której wszystko wydarza się za półprzezroczystą ścianą.

Ciąg dalszy […] Niczego tu nie ma, // powtarzam, gdy sięgasz do góry i między palcami łuszczy się światło; / ostatnie błyski, okruchy, które tak trudno zatrzymać, Skutki uboczne […] Chyba od dawna brakuje nam siebie, choć zasypiamy na końcach / tej samej skóry, to ty zapadasz się z innym dźwiękiem; fałszujesz. Zamiast Pokruszone skorupy, wnętrze zatoki jak wywrócone na drugą / lewą stronę, bliżej do światła. Może do nieba. Może do ciebie? […] I nawet teraz, kiedy przesuwam palcami po twojej dłoni, staje się zimna, / blada i tak samo obca. Odległości […] gdy próbuję nas jakoś nazwać, wracają bóle przy sercu, zawroty głowy. / Znowu siadam pod ścianą, powtarzam: to się chyba wydarza beze mnie, / jak początek jakiejś dziwnej choroby, ostre objawy. A jeszcze nad ranem / śniło się zimno, przyśnił się deszcz i zęby zasiane w pustym pokoju, / odciśnięte na brzuchu; nic się nie urodzi.

Zęby i kości to najstarsze, właściwe dla paleolitu, symbole odradzającego się życia. W marzeniu sennym być może wskazują możliwość ponownych „narodzin”, a więc zdolność do uwolnienia się od dławiącego egzystencję, „prenatalnego” sposobu percepcji świata. Z drugiej strony to paradoksalnie jedyna bezpieczna sfera. Dlatego ostatni wiersz projektowanego tomu pozostawia czytelnika w przestrzeni zamkniętej na wszelkie rozwiązanie.

Odpryski […] Przestaję już wierzyć w głód / i w całą resztę wspomnień. Pocierając dłońmi, wyznaczam granice; / odtąd jestem i tutaj się kończę, na ścianach. […] Z wnętrza wychodzą sny, / nagie i obce. Chyba południe, bo wracasz. / I wszystko znów się zapętla.

Jak pępowina. Można więc określić „Zapaść” Joanny Lech jako projekt konsekwentnie budujący autystyczną przestrzeń wewnętrzną podmiotu lirycznego, stan zatrzymania, bezruch. I w takiej „śmiertelnej” krainie dojrzał do poetyckich narodzin kolejny frapujący debiut.

Przemysław Owczarek
"Re:presja" nr 4/2009

W „Zapaści” Joanny Lech ktoś rwie się do życia, najczęściej mówiąc o śmierci, przemijaniu, zasypianiu. I nawet nie widzi w tym paradoksu

O czym opowiadają wiersze w tomiku zdającym się być jednym z ciekawszych debiutów poetyckich mijającego roku? O małych dziewczynkach i ich traumatycznych przygodach, o uderzeniach światła w oczy, o tym, jak straszna jest cisza, która zapada, gdy nie mamy nic do powiedzenia, albo właśnie mamy za dużo, tylko brakuje nam słów. To jest poezja brakujących słów. Co może dziwić, gdyż na pierwszy rzut oka wydaje się, że słów jest za dużo. Najwięcej mówi się o rozkładzie złudzeń dotyczących wartości życia i smaku bycia dorosłym. Autorka Joanna Lech dorzuca w tytule zbiorku następne źle kojarzące się słowo. Tym słowem jest „zapaść”.

Po cóż ja państwu polecam jeszcze jeden dołujący, niejasny tomik poetycki, po co reklamuję hermetyzm prywatnych obsesji? Nowa poezja polska wygląda mi na bezludną i opuszczoną. Interesują się nią fachowcy brani za masochistów. Bardzo by się jej przydało świeże spojrzenie zwykłego czytelnika. Bardzo by się jej przydały gwizdy lub oklaski. Cokolwiek.

Te wiersze brzmią jak dobrze odrobione zadanie domowe absolwentki Studium Literacko-Artystycznego przy Uniwersytecie Jagiellońskim, znakomicie obeznanej z modnymi dykcjami poetyckimi ostatnich lat. Takich imitatorskich talentów mamy wiele. Za takie predyspozycje nie dostaje się prestiżowej Nagrody Bierezina. Musi tu być coś więcej, skoro jury wyłuskało projekt autorki z Rzeszowa i nagrodziło tomikiem. I szczególnie nie trzeba się wysilać, żeby tę wartość dodatkową znaleźć. Tworzą ją takie cechy jak konsekwencja obrazowania, precyzja wyrażania momentalnych stanów psychicznych, powtarzalność obsesji. To wszystko składa się na wrażenie obcowania z czymś autentycznie niepewnym siebie, słów i świata, z czymś wiarygodnie rozdartym i szczerze neurotycznym. I jakby pozapłciowym. Mimo żeńskich końcówek myślę o bohaterce (-erze) jak o doskonale obłym stworzeniu mającym na obronę swego niekoniecznego istnienia tylko słowa. Płeć zaciera się po to, by przemówiło słowo uwolnione od obyczajowego balastu. Mityczna dziewczynka, do której się wraca i prosi o kontakt, o zrozumienie, jest w takim samym stopniu chłopczykiem. Figura dzieciństwa niczego nie usprawiedliwia i niczego nie wyjaśnia; ot, czuła archeologia, motywacja obsesji, tło zgorzknienia. Tymczasem prawdziwe życie toczy się w trzech żywiołach, które są w nas i w otaczającym świecie. Woda, powietrze, światło. Każdym z tych żywiołów można się zachłysnąć, zadławić. Są opresyjne, mogą znienacka uderzyć. Woda zatapia, sprzyja gniciu, jest promotorką rozkładu. Powietrze w tych wierszach rzadko kiedy bywa spolegliwe. Najczęściej jest za ostre, takie, które dusi. Chyba tylko ze światłem można się dogadać. Gotowe jest na to, żeby coś odpowiednio oświetlić, pomaga wyjść z mroku, obłaskawia ciemność. Wydaje mi się, że determinizm żywiołów zaczyna w pewien sposób wpływać na determinizm języka. On nie może być inny, tak jak nie może być inna tożsamość wyłaniająca się z cienia, światła, wilgoci i haustów powietrza.

Takie wiersze drażnią czytelnika, wracają w snach. I nie są to sny najlepsze. Takich wierszy się nie poleca. Bo to brzmi tak, jakbym komuś życzył, żeby rozbolał go ząb. Od bólu nie ma ucieczki, można go tylko tonować, rozpisywać na głosy – mówi nam młoda poetka, o której pewnie nieraz jeszcze usłyszymy.

Karol Maliszewski
dodatek Kultura, Dziennik Gazeta Prawna z 31.12.2009

Bardzo udana okładka, na niej dwa blurby: dość mętny i mało konkretny Maćka Meleckiego oraz Karola Maliszewskiego, znacznie trafniejszy i bardziej treściwy. Ergo: możemy przechodzić do lektury tomu bez większego szwanku na zdrowiu. A co jest w środku?
Po lekturze Zapaści Joanny Lech mam uczucia klasycznie mieszane. Niczego innego się nie spodziewałem, a jednak zdecydowałem się zmierzyć , bo lubię wyzwania. I, szczerze mówiąc, poległem - bo mam subiektywne odczucie że tego tomu po prostu nie lubię. A jednak trudno mi się nie zgodzić ze zdaniem Karola Maliszewskiego - że "w pewnym sensie się udało".

Co się udało? Przede wszystkim coś zamanifestować, zamanifestować swoją poetycką osobowość, może nie unikalność, nie oryginalność, bo jest to pewien typ wizyjnej poezji, który już został zapoczątkowany, pewne poszukiwania przez Honeta czy Kuśmirka już zostały podjęte - tutaj jednak Joanna Lech robi to trochę po swojemu, młodzieńczo, nie bojąc się mocnych słów.

Balansowanie, zawieszenie - to być może słowo klucze. Moja ulubiona fraza z tego tomu - to chyba o śnie, w którym maki ani nie kwitną, ani nie więdną - i gdzieś w takim śnie znajduje się peel tego tomu. Może zbyt banalne byłoby mówić, że "koszmarze" - ale jest to stan niepewności, zawieszenia, zagubienia - bo ten świat jest przecież obcy, a jednocześnie woła, by się zaangażować, by przeżuć go, a dopiero potem wypluć.

Jest rozkład, ale jest jednocześnie obsesja, by z tego rozkładu "wydrapywać słowa" (znowu odwołam się do Pana Karola). Gnicie, śmierć jest jednocześnie odpychająca jak i pociągająca - albo nie tyle pociągająca sama w sobie, co pociągająca za sobą. Chociaż, właściwie sam nie jestem pewien, czy bardziej jest to stan, w którym podmiot liryczny chce wejść mimowolnie, czy są to obsesje, nad którymi nie ma żadnej władzy.

W każdym razie, mimowolnie czy nie, peel musi się w ten świat zaangażować, niezależnie czy sam to robi, czy to ten świat go "wciąga" jak czarna dziura. Jest to zarówno wada jak i zaleta tego tomu - zaleta o tyle, że jest to tom bezkompromisowy. Z drugiej strony zabrakło w tym równowagi - zarówno w niektórych pojedynczych wierszach, jak i w całej książce - jakby konsekwencja w realizowaniu takiej a nie innej poetyki doprowadziła trochę do "pisania na jedno kopyto". Gdzieś w okolicach dwóch trzecich książki miałem zwyczajnie przesyt tymi wierszami, mocnymi obrazami, obsesjami, które pojawiają się tyleż uporczywie co uparcie, tom jest w tym wszystkim tyleż konsekwentny, co zjada własny ogon.

Jednak, podtrzymuję, w pewnym sensie się udało. Przydałoby się w następnym tomie Joanny Lech pewnie więcej różnorodności, więcej powściągliwości, która w tego typu poezji wcale nie wprowadziła by nudy - wręcz przeciwnie. Ale jedno jest pewne: nie jest to poezja odmierzana "tępą wsuwką do włosów" jak gdzieś już było zapowiadane. Zastanawiam się, czy Joanna Lech odmierzała tu gdziekolwiek i cokolwiek.

Jakub Sajkowski
nieszuflada.pl

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2010