Marcin Bałczewki: Jak to się stało, że zostałaś poetką? Pewnego dnia rozpoczęłaś naukę w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim, a co było wcześniej?
Joanna Lech: Wcześniej był ktoś trochę pogubiony. Tak jakoś długo nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca: zaczęłam studia, rzuciłam po roku, pracowałam, nie pracowałam, różnie to było. W międzyczasie pisałam prozę, potem zaczęłam pisać wiersze i popadać w kłopoty. Dużo rzeczy się wtedy działo, szczególnie tych złych. Więc po wszystkim byłam trochę połamana, właściwie dlatego przeniosłam się do Krakowa, zdawałam na studia, dostałam się na SLA i próbowałam się jakoś pozbierać.
Ale właśnie, skoro mi już wypominasz to SLA - czy ono daje automatyczną nobilitację na poetę? Nauka pisania w weekend? Nie sądzę. W końcu warsztaty poetyckie polegały głównie na ocenianiu gotowych już tekstów. I tak to leciało, krytyka, udzielanie wskazówek i podsuwanie nam listy lektur. Owszem, cenne doświadczenie, przekrojowe zajęcia, ale jakbym się sama nie przyłożyła, to nic by z tego nie było. Chyba tylko klimat, bo w końcu zjechało się ludzi z całej Polski, te bestie ambitne, to był niezły ferment. Dał mi motywację, kopa, żeby dalej pisać te teksty, pracować nad nimi, wysyłać, coś z nimi robić.
M.B.: Czyli aby zostać poetą wystarczy chcieć?
J.L.: Tak i trzeba się dużo modlić. A poważnie - nie mam pojęcia, nigdy nie chciałam zostać poetą. A poetką też nie zostałam z łapanki, to wynikło z tych wszystkich rzeczy, które się we mnie zebrały, chciały się zapisać. Oczywiście pracowałam też nad sobą i nad warsztatem, to się tak razem splatało. I właściwie to nigdy nie chciałam zostać, więc nie bardzo wiem, co ci odpowiedzieć. Trzeba mieć o czym pisać, po prostu, mieć swój własny styl. I pewnie trochę wytrwałości.
M.B.: To o czym chce pisać Joanna Lech?
J.L.: O tym, co widzi, najprościej. O wszystkim, co było i boli, i będzie wracało. Nic odkrywczego, ale czy żyjąc przez tyle lat na krawędzi, można pisać o czymś innym? O kwiatkach, pantoflach, romansach? Więc można powiedzieć, że Zapaść (debiut Joanny Lech – przyp. red.) jest o rozpadzie, pustce, braku złudzeń, owej zapaści w każdym tego słowa znaczeniu. Ale właściwie po co mówić, skoro wiersze mówią same za siebie.
M.B.: Każdy twórca ma pewną strategię istnienia - bez niej same teksty nie obronią się (a szkoda). Twój image, wypowiedzi - jak kiedyś sama mi przyznałaś wciąż te same pytania - nie są właśnie z tego powodu, z tej hermetyczności istnienia w świecie literackim, tajemniczości?
J.L.: Nie ma żadnej strategii, po prostu niekoniecznie jestem otwartym i miłym człowiekiem, stąd się pewnie biorą te pytania, czy skojarzenia, nie wiem. A wiadomo, że środowisko literackie, to takie małe podchody i że ta zabawa nie jest dla dziewczynek. Ja żyję poza tą piaskownicą. Oczywiście jest Kraków, są jakieś spotkania, wyjazdy się zdarzają, są poeci, których cenię, znajomi, których wielbię, ale moje życie toczy się gdzie indziej. Ja raczej nie lubię ludzi, nie piję z obcymi, nie będę stać na ulicy i gadać o pierdołach. To nie image, taka już moja natura. Właściwie trochę nad tym myślę, odkąd się dowiedziałam, że jestem taktowna niczym rak prostaty :).
M.B.: Nie boisz się tego, że zapragniesz zmiany i ludzie zaczną odbierać cię jak np. obecną Chylińską - kiedyś ostry rock, teraz disco "popierdułka"?
J.L.: Chylińska mnie nie interesuje. Jeśli chodzi o zmiany, tak poważna nie dokona się z dnia na dzień. Jeśli w ogóle jeszcze potrafię się zmienić. Może na razie wystarczy ta odrobina dobrej woli, owego taktu, żeby ludzie mogli ze mną wytrzymać? I myślę, że odrobina życzliwości też by nie zaszkodziła.
M.B.: Przepraszam że tak ciągle o tej strategii istnienia. Wydaje mi się, że o Twoich wierszach powiedziano i Ty powiedziałaś tyle, że nic więcej nie da się wyłuskać nie popadając w jakiś banał. Z drugiej strony większość osób, które przeczyta ten tekst nic o Tobie i twoich wierszach nie wie. Co wiedzieć powinien?
J.L.: Nie lubię mówić o swoich tekstach, o sobie skromnie też nie będę, już i tak pewnie powiedziałam za dużo. Bo przecież nie o to chodzi, żeby robić za własnego krytyka, od tego są specjaliści. Więc wybacz, ale „nic więcej nie da się wyłuskać nie popadajmy w jakiś banał”. nie popadajmy.
M.B.: To w takim razie tradycyjne, przedostatnie pytanie – znasz jakąś anegdotę literacką?
J.L.: Niestety, znam tylko takie, których nie wypadałoby przytaczać :).
M.B.: O rady dla początkujących poetów nie będę pytał ponownie, bo już o tym wspomniałaś. Pytanie o okulary, jak i odpowiedź, pozostawię dla siebie.