Podczas lektury wierszy Joanny Lech wrócił do mnie cytat z "Siomgi" Sofii Andruchowycz: "Tak, człowiek to dom, który stoi na gównie. I bez tego gówna może się zawalić". I wydaje mi się, że trzeba o tym pamiętać, gdy mamy do czynienia z poezją Lech, poezją, która przypomina nam, że mamy w ciele otwory, gdzie wsuwamy jeśli nie łyżeczki, to inne dziwne rzeczy i przedmioty. Że to ciało łuszczy się i rozpada, że można je zwijać jak muszla, że ból gardła i ból głowy będą się powtarzać, słowem: ta poezja mówi coś, z czym pozostaje się tylko oswoić, co można jedynie ugłaskać.
Bo wystarczy, że kot przejdzie drogę. Wystarczy, że zacznę o nim pisać - zaczyna swędzieć. Do czerwoności i do znudzenia. Płatki uszu, ramiona i plecy. Ale kot ma futro przyjemne i miękkie, prawda? Poza tym mruczy, kiedy wziąć go na ręce i odpowiednio podrapać pod brodą. Ale wszy są już pod ubraniem - nagle pojawiają się zadrapania i głębokie ślady. Miało być przyjemnie, a jest gorączka i trzeba brać lekarstwa, wstrzykiwać antybiotyki, pobierać krew. Na tych kilka chwil przyzwyczaić się do ukłuć i cofającego się do ust rosołu.
Ale oswoić tego nie sposób, to wraca, wraca za każdym razem.
I nachylając się nad muszlą klozetową, w ogóle pisząc teraz te słowa, zaczynam mieć obawy. Jak gdyby zaraz z muszli klozetowej wypłynęło coś, co powinno tylko znikać. Jak gdybym nagle uświadomił sobie - nie brałem prysznica od dobrych kilku dni, nie goliłem się i nie zmywałem naczyń, które zaczynają ożywać w zlewozmywaku. Jak gdybym nagle coś sobie przypomniał - coś ważnego, coś, co było do tej pory tylko "znakami na niebie, nieostrymi plamami". Jak gdyby właśnie dzisiaj i właśnie teraz osiedle zaczęło wypełniać się błotem i żabami. Jak gdyby okazało się - istnieje niebezpieczeństwo, że te kartki z wierszami i ten laptop, na którym piszę, zalęgną się od robactwa i nic więcej nie zostanie.
Będzie widać tylko zgliszcza. Ruiny i rany. Najlepiej odwrócić się plecami i zapomnieć. Ale obrazy będą podchodzić do gardła i będzie trzeba je wymiotować. Nie pomoże ręka i tej ręki gmeranie w gardle.
Dlatego poezja staje się tutaj próbą ucieczki, "próbą wyjścia" - tak obrazów z głowy/ciała/pamięci, jak i podmiotu z pamięci. Dlatego słychać w tych strofach najgorsze i najmniej przyjemne. Słychać ruchy pasożyta oraz wrzask w pokoju bez klamek. Zaraz jednak - nie zdążycie zliczyć do dwóch - spokój i zgodę, coś, co mówi: "Zostaje znaczenie". Dlatego tyle tutaj chorób, przez które nieustannie trzeba przechodzić i które przypominają o tym, co najważniejsze, o tym, czym się kończymy i jak się kończymy - "skóra lepka od ropy i larw, rozkład". Dlatego też muszą być strzykawki, gorączki i swędzenia - żeby wypłukać, zedrzeć, wypocić. Żeby potem zawinąć w woreczek, zamknąć drzwiczki.
Joanna Lech próbuje oswoić te obrazy, te ciała, które "woda wyrzuca [...] uderzając/ o brzeg" i jeszcze zwierzę, które rozrywa od środka i "drapie o brzuch". Chce, żeby zostało znaczenie, chce pozostawić znaczenie, czyli to, co nieostre, i to, czego nie widać na zdjęciach. I tutaj tkwi siła tych wierszy, na cienkiej linii pomiędzy wrzaskiem a spokojem. I nie potrafię powiedzieć, i nie wiem, po której stronie jest lepiej i czy w ogóle po którejś ze stron może być dla poezji lepiej.
Pytania:
1. Prawie we wszystkich wierszach, jakie dostałem od Ciebie, pojawia się motyw blizny, kości, śladów czy swędzenia (mówiąc nawiasem tych motywów jest o wiele więcej). Czy Twoje wiersze złożone są więc z obrazów, które tkwią w gardle i nie pozwalają o sobie zapomnieć?
Rzeczywiście, tkwią w gardle. Choć częściowo wynikają też z obserwacji; to są dwa naprzemienne, przenikające się wątki w "Zapaści" - rzeczy, które widzę i te, które wciąż wracają z przeszłości. Obrazy, od których nie da się uciec, jak powódź z dzieciństwa, która w nocy zalała pół domu, albo pożar na polach czy też osunięcie się ziemi, które odsłoniło gnijące kości. Dla takiego dzieciaka jak ja, o wybujałej wyobraźni to były niezłe przeżycia. Nie chcę tu zanadto mitologizować, ale wiem, te motywy odbijają się w wierszach; to jest jak owo zadrapanie w powiece, przez które chyba zawsze już będę patrzeć.
2. Często też pojawia się u Ciebie jeśli nie szpital, to atmosfera szpitala. Z jednej strony czystość lekarzy, którzy dezynfekują ręce, a z drugiej brudne ciało, które trawi choroba. Dlatego też w tym właśnie miejscu widać (najlepiej?), jak ludzkie ciało jest słabe i bezbronne. Podobnie jest chyba z sypialnią czy w ogóle łóżkiem. Ale nie wydaje mi się, żeby było to oryginalne spojrzenie. A może nie o oryginalność się tutaj rozchodzi?
Nie, ja nie mam żadnych aspiracji do oryginalności (jakkolwiek dziwnie to zabrzmiało, ale, jak słusznie zauważyłeś, nie o to chodzi). Z jednej strony szpitalna sterylność miała być nawiązaniem właśnie do zapaści, z drugiej - to też wynika ze mnie, w końcu spędziłam trochę czasu w tych instytucjach, to musiało jakoś wyjść. Choć mi się akurat nie rzuca w oczy ten nadmiar. Łóżko i puste pokoje to z kolei wyraz mojego uwielbienia do opuszczonych i zdewastowanych miejsc. Oraz samej pustki, jeśli już przy tym jesteśmy. A jeśli chodzi o ciało, bardziej fascynuje mnie rozkład; ale też ból, choroby i przeszywające zimno. Te ekstremalne doświadczenia, które wpływają na inne postrzeganie świata.
3. Znęcasz się w swoich wierszach nad ludzkim ciałem? Nakłuwasz skórę, przegryzasz język i pozbawiasz strof powietrza?
Znęcanie się nad ciałem, coś w tym jest. Tak, chyba coraz bardziej świadomie dążę do okrucieństwa; zwłaszcza w nowych tekstach, które pełne są takich cięć, nakłuć i zadrapań. Ale rozdarcie to także wynik okoliczności, w których wiersze powstawały. Więc tak; można tak powiedzieć, ale można by też powiedzieć inaczej: “kobieta pisząca o ciele, niesłychane”.
———
Joanna Lech (ur. 1984) - nie potrafi pisać na papierze. Jej zdaniem życie składa się z kilku przyjemnych przyzwyczajeń i nałogów. Dlatego w ciągu najbliższych sześciu miesięcy nie weźmie ślubu (nawet z następcą Kim Dzong Ila) i nie znajdzie sensownej pracy. Lubi skreślać i ma lęk wysokości. Przed chwilą zaczęła się bać.