Grzegorz Nurek: W 2007 roku wygrałaś w konkursie poetyckim im. Jacka Bierezina, czego efektem było wydanie twojej debiutanckiej książki „Zapaść”. Teraz ten sam tom ma szanse otrzymać nagrodę Silesiusa w kategorii „debiut”. Czy zwróciłaś uwagę na to, że jesteś jedyną poetką, która znalazła się w gronie finalistów… Nie niepokoi Cię dominacja mężczyzn w życiu literackim? W początkowym etapie konkursu na 120 zgłoszonych tomów jedynie 37 napisały kobiety.
Joanna Lech: Początkowo nie zwróciłam na te dysproporcje uwagi. Uświadomiłam to sobie, dopiero czytając komentarze w internecie. Rzeczywiście, czasami daje się odczuć, że ta cała zabawa nie jest dla dziewczynek. Mimo to wierzę, że „Zapaść” znalazła się w finale jedynie ze względu na zawartość i żadne inne czynniki nie były brane pod uwagę.
GN: Ubiegły rok wydaje się rokiem ważnym w próbie zauważenia i docenienia poezji pisanej przez kobiety. Ukazała się głośna antologia „Solistki” zawierająca wiersze 41 poetek które zadebiutowały w ostatnich dwudziestu latach, prócz Ciebie znalazły się tam Bianka Rolando i Agnieszka Mirahina. Czy czujesz więź pokoleniową z piszącymi rówieśnikami, twórcami urodzonymi w latach 80-tych?
JL: Nie odnajduję się w kategoriach pokoleniowości. Jesteśmy odrębni, każdy stara się pisać w innej poetyce. Każdy zapisuje swój osobny świat. O ile poprzednie roczniki są kojarzone jako bardziej zwarte, jak pokolenie „BruLionu”, czy „Nowego Nurtu”, o tyle my jesteśmy raczej większymi indywidualistami. Nie zauważyłam tworzenia się jakiś znaczących grup czy kierunków, no może poza nurtem tzw. poezji zaangażowanej. Ale w moim odczuciu, ciekawsza jest właśnie ta mnogość i różnorodność.
GN: W medycznej terminologii „zapaść” jest stanem ostrej niewydolności krążenia objawiającym się osłabieniem i poczuciem zamierania prowadzącym często do utraty przytomności. Zapaść jest stanem zagrażającym życiu. Czy tak należy rozumieć tytuł tomu? W wierszu „Poza” piszesz także: „zostaje już tylko patrzeć, odwrócić się, zapaść do środka, jak w wodę”.
JL: Cieszę się, że zauważyłeś wieloznaczność tego określenia. Lubię podobne gry językowe, nie tylko w poezji. Książka jest właśnie o zapaści, w każdym tego słowa znaczeniu. Gdy zbierałam teksty do książki, świadomie wybrałam trzydzieści wierszy najbardziej ilustrujących to, o czym chciałam napisać: o pustce, rozpadzie, braku. W końcu nie można poszukiwać za wszelką cenę afirmacji świata, kiedy on uwiera, boli i zatruwa. Przez jakiś czas myślałam, że właśnie pisanie może mi pomóc posklejać i ułożyć te wszystkie rzeczy, które się posypały w przeszłości. Już w to nie wierzę. To rozdarcie zawsze będę w sobie nosić, traumy będą powracać.
GN: Próbuję na własny użytek nazwać twój tom, określić jego zawartość. Reportaż po kataklizmie? Zapiski kliniczne? Sennik? Twoja książka zbiera zarówno pozytywne, jak i dość krytyczne recenzje, głosy. Krytycy zarzucają Ci, że świat wierszy, który kreujesz, zbytnio przypomina klimaty poezji Wojaczka, Rimbauda i innych buntowników słowa. Czy rok po ukazaniu się książki coś byś w niej zmieniła?
JL: Zdaję sobie sprawę z powtarzalności pewnych słów i motywów. Ale to wynika ze mnie, z wewnątrz. Nie jest celową i sztuczną kreacją. Ja nigdy nie byłam wyznawczynią Wojaczka, Honeta, czy Rimbauda. To, o czym piszę jest moje, prawdziwe. Przeżyte, więc autentyczne. Z perspektywy czasu niczego w książce bym nie zmieniła. Choć pewnie w następnych tomach postaram się bardziej odmierzać ten katastrofizm. A jeśli chodzi o „Zapaść” – tak, chyba te wszystkie trzy określenia, których użyłeś, są dobrym tropem. Ale jeszcze nie oddają całości.
GN: Kiedy planujesz wydać następny tomik?
JL: „Nawroty”, mój drugi tom wierszy, powinien ukazać się już jesienią w wydawnictwie Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu, w serii poetyckiej pod redakcją Mariusza Grzebalskiego. Tomik zawiera 28 wierszy pisanych przez ostatnie dwa lata. Myślę, że to będzie książka pod pewnym względem ostrzejsza, bardziej niepokojąca. Jeszcze większe zagłębianie się w przeszłość, powracanie obsesji. Właściwie dążę do opisu okrucieństwa.