Karol Maliszewski "W cieniu getta"
[...] Jeżeli słowo „kontestacja” wydaje się czymś na wyrost, to przy lekturze wierszy Joanny Lech próbowałbym je zamienić na coś mniej ostrego. Myślę o naburmuszeniu, nastroszeniu, niechęci, o przedwczesnym zgorzknieniu. Zdaję sobie sprawę, że to niezbyt fortunne zamienniki. Ale kiedy przed dwoma laty zaczynałem netową korespondencję z początkującą poetką, co doprowadziło do jej prezentacji na internetowej stronie „Odry”, to myślałem sobie o niej jako „naburmuszonej dziewczynce”. Jakże się myliłem. To było raczej zakłopotanie, finezyjnie rozgrywany niesmak dotyczący warunków spowiadania się, opowiadania o świecie, komunikowania się. Joanna Lech od początku szukała własnej „składni”, która byłaby odpowiedzią na pytanie, jak to wszystko złożyć w całość, jak połączyć odrazę do rozkładu z wolą ekspresji, chęcią mimo wszystko mówienia o swym ledwie rysującym się cieniu na tle ostrych kantów tak zwanej rzeczywistości. I z tym mówieniem też nie należy przesadzać, bo ono, jak wszystko wokół, ulega erozji, rozkładowi, gniciu, jeżeli jest go w nadmiarze. Dlatego w tych tekstach informacje dawkuje się, uczucia schładza i cedzi, orzekanie powstrzymuje się na każdym kroku, a tak zwany wiersz chciałby się kończyć, zanim jeszcze się zaczął. Nie ma widoków na powstrzymanie rozkładu. Słowo tym bardziej go podkreśla. Zwłaszcza słowo poetyckie. Dlatego w tych wierszach wieje chłodem. Po co się obnażać w pustkę? Po co te pozory empatii? Kontestację Lech nazwałbym najbardziej organiczną, głęboko metafizyczną. Zatrważający – muszę przyznać – początek. Nie widzę przyszłości. I nie powinienem, bo te wiersze mówią wyraźnie, że należy unikać hipostaz. Wśród nich jest również „przyszłość”. Mam nadzieję, że zbyt długo nie będziemy musieli czekać na książkowy debiut tej oryginalnej młodej poetki. [...]