Karol Maliszewski "Korespondencja seryjna"
Wśród poetów, którzy zajmują ostatnio moje myśli, ponieważ stali się symbolem zmian, stali się protagonistami ewolucji estetycznej zachodzącej w łonie nowej poezji, ważne miejsce zajmuje Joanna Lech. Gdyby nie Internet, nic bym o niej nie wiedział, a raczej dowiedziałbym się zbyt późno, czytając gotowy już tomik, rzecz wydrukowaną. Internet umożliwił mi przyglądanie się rozwojowi jej twórczości. Ważne w poznawaniu tej poezji były spotkania na zajęciach w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie, gdzie Joanna Lech doskonali znajomość poetyckiego warsztatu, stopniowo odnosząc coraz większe sukcesy. Nie chciałbym czego pominąć, ale faktem jest, że ostanie miesiące przyniosły młodej poetce uznanie ogólnopolskie, czego dowodem może być druk na łamach liczących się czasopism oraz laury w kilkunastu konkursach poetyckich. Jako juror zwróciłem uwagę na jej wiersze w konkursie im. Sułkowskiego w Skierniewicach. Ich jakość docenili pozostali jurorzy: Henryk Bereza, Bohdan Zadura, Darek Foks. Bezsprzecznie największym sukcesem były zwycięstwa w konkursach: im. Rilkego w Sopocie i im. Bierezina w Łodzi. To są konkursy niezwykle ważne, kreujące nowe hierarchie na młodoliterackim Parnasie.
Kiedy przed dwoma laty zaczynałem netową korespondencję z początkującą poetką, co doprowadziło do prezentacji na internetowej stronie „Odry”, to poruszyła mnie jej przedwczesna dojrzałość, osobność, naturalny dar. Myślałem sobie o niej jako „naburmuszonej dziewczynce”. Jakże się myliłem. To była raczej zakłopotanie, finezyjnie rozgrywany niesmak dotyczący warunków spowiadania się, opowiadania o świecie, komunikowania się. Joanna Lech od początku szukała własnej „składni”, która byłaby odpowiedzią na pytanie, jak to wszystko złożyć w całość, jak połączyć odrazę do rozkładu z wolą ekspresji, chęcią mimo wszystko mówienia o swym ledwie rysującym się cieniu na tle ostrych kantów tak zwanej rzeczywistości. I z tym mówieniem też nie należy przesadzać, bo i ono, jak wszystko wokół, ulega erozji, rozkładowi, gniciu, jeżeli jest go w nadmiarze. Dlatego w tych tekstach informacje dawkuje się, uczucia schładza i cedzi, orzekanie powstrzymuje się na każdym kroku, a tak zwany wiersz chciałby się kończyć, zanim jeszcze się zaczął. Nie ma widoków na powstrzymanie rozkładu. Słowo tym bardziej go podkreśla. Szczególnie poetyckie. Dlatego w tych wierszach wieje chłodem. Po co się obnażać w pustkę? Po co te pozory empatii? Kontestację Olech nazwałbym najbardziej organiczną, głęboko metafizyczną. Zatrważający – muszę przyznać – początek. Nie widzę przyszłości. I nie powinienem, bo te wiersze mówią wyraźnie, że należy unikać hipostaz. Wśród nich jest również „przyszłość”.