prasa

Ewa Świąc: Jaki jest twój stosunek do "płciowości" w literaturze. Czujesz się „kobieca” w tym, co piszesz? Czy ta kategoria jest dla ciebie ważna w myśleniu o poezji - twojej, poezji jako takiej? Bohaterka liryczna twoich wierszy rozpoznaje świat poprzez dotyk, a to kobiece (uznane za kobiece) doświadczanie świata.

Joanna Lech: Chyba nie da się uciec od takich kategoryzacji. Jednak osobiście staram się unikać sztucznie robionych podziałów; termin „poezja kobiet”, „poezja kobieca” funkcjonuje równie dobrze jak „poezja górniczo-chłopska związku emerytowanych górników zagłębia dolnośląskiego”. Jest to kategoria dorabiana trochę na siłę. Poezja jest dobra albo nie bardzo. I to powinno być jedynym warunkiem, bez względu na płeć autora, jego orientację seksualną, wyznanie religijne czy też konotacje towarzyskie.
Oczywiście, to doświadczenie świata jest zawsze jakoś przez płeć narzucone. Ale przecież zawsze można podejść do tego z dystansem.

E.Ś.: Myślisz, że publikacje takie jak np. ostatnie (i głośne) "Solistki" są niepotrzebne?

J.L.: Potrzebne, jako swojego rodzaju zamanifestowanie kobiecej twórczości, zwrócenie uwagi na rolę poezji kobiet. Ale nie jako narzędzie walki o równouprawnienie w literaturze. Zresztą, nie uważam poezji jako dobrej metody do walki o cokolwiek.
Pamiętam, jak na moim, chyba pierwszym konkursie poetyckim pewna dziewczyna udzieliła mi niezwykle cennej rady-żeby nie używać nigdy kobiecego godła, a broń boże już w wierszu żeńskich końcówek.
Inaczej nic się nie wygra.
I wyobraziłam sobie pana z jury, który z iście diabelskim chichotem zaciera ręce nad stosem wydruków, po czym łapie lupę w poszukiwaniu owych końcówek. A jeśli już takową znajdzie, wyrywa kartki i ostentacyjnie rozrywa je na drobne kawałki, mnie i wyrzuca do kosza. Jest to, oczywiście, szczególny przykład. A przecież twórczość polskich autorek jest tak dobra, mocna i wyrazista, że chyba nie potrzebuje tego rodzaju podstępów.

E.Ś.: Bohaterka twoich wierszy przypomina embrion; w odruchu bezwarunkowym oddycha, dotyka, ssie, przeżuwa. Do tego znamienna okładka tomiku. Podmiot liryczny-dziecko, czy podmiot-kobieta?

J.L.: Rzeczywiście, okładka jest w pewien sposób znamienna. Jest to zdjęcie zrobione w opuszczonym budynku, w pokoju małego dziecka - zapewne dziewczynki, sądząc po innych pracach z tego cyklu. Wybrałam tę fotografię właśnie ze względu na ten cudowny kontrast. Na łóżku widać lekkie wybrzuszenie, które także może być bardzo wieloznaczne. Ten obraz wszechobecnego rozkładu, kompletnego opuszczenia i zdewastowania. Przyznaję, że fascynują mnie takie puste miejsca. I myślę, że okładka idealnie współgra z wierszami zawartymi w tomiku. A może i je troszkę uzupełnia.
Jeśli chodzi o odruchy, to jest chyba dobry trop. Zależało mi, żeby te wiersze żyły, były bardziej obrazowe, a jednocześnie zmysłowe; żeby nie obracały się tylko w w sferze języka, ale i otwierały dla siebie inną przestrzeń. Myślę, że w jakimś sensie się to udało, jako swego rodzaju zachłanność, próba poznania świata wszystkimi dostępnymi metodami. Ale zdecydowanie są to metody kobiece.

E.Ś.: Coś o ciele. Przestrzeń bezpieczna, czy zagrożenie?

J.L.: Bezpieczna, na ile bezpieczny jest taki worek z kości i skóry; ciasny, ale przytulny. Zagrożenie pojawia się w chwili, gdy zdamy sobie sprawę z kruchości i przemijania tego ciała, jego nieuniknionej śmierci i rozkładu.
Wtedy zaczyna się wszystko widzieć zupełnie inaczej.

E.Ś.: Dość nietypowo, młodość to zazwyczaj czas odkrywania, afirmacji ciała.

J.L.: I taką była. Choć ja to przeżyłam bardziej intensywnie; nie dość, za zawsze byłam takim dziwadłem z nosem w książkach i jazzem w słuchawkach, to jeszcze miałam skłonności do wszelkiego rodzaju autodestrukcji. nie dziw się więc, że czuję się odrobinę zużyta:)

E.Ś.: Piszesz poezję „somatyczną" (tak zwaną). Można czasami ulec złudzeniu, że wiersze powoduje i prowadzi do końca impuls z ciała, że ciało zagarnia tekst i odwrotnie. A to nieprawda, gdy wczytuję się w twoje teksty, widzę strukturę, myśl. Jak przebiega u ciebie proces twórczy?

J.L.: Nie wiem, czy to aż takie somatyczne. Do mnie słowa przychodzą nie tyle z ciała, co z obrazów, fragmentów, takich odłamków z przeszłości. Często przychodzą w najbardziej niespodziewanych momentach, najczęściej, kiedy zupełnie nie mam na to czasu. A ja lubię to sobie wychodzić, wystać przy oknie, uporządkować. No i trzeba to jeszcze napisać. A do tego bardzo przydaje się warsztat. Znajomy lubi żartować, że ów proces twórczy przypomina mu raczej pisanie wniosku o kredyt albo nawet sadzenie ziemniaków. Nie wiem, na czym polega sadzenie ziemniaków, ale z resztą zupełnie się zgadzam. W końcu pisanie to praca, jak każda inna. Mozolna i systematyczna. Przydaje się przy tym szczególnego rodzaju drobiazgowa upierdliwość lub tez po prostu odrobina cierpliwości. To jak pisanie wypracowania szkolnego - nie ma w tym większego romantyzmu, a jednak nic tak nie cieszy jak poczucie dobrze skończonego tekstu.

E.Ś.: Zastanawiam się czy cielesność twoich wierszy wynika z obsesji, czy jest „słowna”, tzn. jest konsekwencją wyboru poetyki, stylu?

J.L.: Nie zastanawiałam się nad tym. Ale to się dzieje niejako poza mną, poza moją świadomością, więc zapewne wynika z owych obsesji.

E.Ś.: Twoje wiersze są próbą uchwycenia – raczej nieustannego zbliżania się/uciekania, przeżuwania/wypluwania, krążenia wokół "tego". Czym jest „to”? wiesz już? potrafisz nazwać?

J.L.: „To” może znaczyć wiele rzeczy. Tak samo, jak zapaść, jest słowem bardzo pojemnym i wieloznacznym. Ale jeśli trzeba już nazwać, myślę tu o słowie: „niepokój”. Albo „brak, pustka”.

E.Ś.: Poezja jako autoterapia?

J.L.: Raczej: poezja jako próba wyjścia.

E.Ś.: Odpowiedziałaś tytułem jednego ze swoich tekstów, zatem: wykrętnie, metaforycznie, wieloznacznie (czyt. nieznacznie) ;)

J.L.: A już taka cipa jestem:) To akurat cytat z nowego wiersza, z drugiego tomiku, no ale.

E.Ś.: No ale. Jednak poezja somatyczna, więcej: anatomiczna:)
Uczestniczyłaś w zajęciach Studium Literacko-Artystycznego, warsztatach poetyckich Maliszewskiego i Honeta. Czy zostawiły jakiś ślad, na ile były ważne, istotne?

J.L.: Uczestniczyłam i miło wspominam. Dużo dobrego wyniosłam z tych zajęć; oczywiście, szkoła pisania nikogo trzaskać bestsellerów nie nauczy, ale pod względem właśnie warsztatowym, tj. oceny gotowych tekstów, oczytania, redakcji, kontaktu z ludźmi SLA było bardzo cennym doświadczeniem.

E.Ś.: Nowy tomik wkrótce, czego możemy się spodziewać, czy to będzie kontynuacja „Zapaści”? Trudno mówić o kontynuacji, ruchu – „Zapaść” jest statyczna, jest raczej krążeniem wokół czarnej dziury. Co w „Nawrotach”? Jeśli nawroty, to czego? Jeszcze więcej mroku, pleśni, rozkładu? W którą stronę zmierza twoje pisanie?

J.L.: Chciałabym wiedzieć. Nowa książka na pewno będzie w jakimś stopniu sequelem, jakimś rodzajem kontynuacji. Ale też pojawiło się kilka nowych wątków; książka powstawała w bardzo trudnym dla mnie czasie, co na pewno odbije się w treści.

E. Ś.: W teorii literatury istnieją pojęcia podmiotu czynności twórczych, podmiotu lirycznego, dzięki którym można bezpiecznie rozdzielić życie i twórczość. Zdarza ci się być postrzeganą poprzez swoje teksty? Czy Joasia biograficzna przegląda się w tej tekstowej?

J.L.: Pytasz o teksty, które są właściwie pochodną mojej biografii. Wszystko, co napisałam wynika z moich prywatnych przeżyć, nie wiem więc, w jaki sposób mogłabym się od nich oddzielić. Nigdy nie próbowałam.

E.Ś.: Dziękuję za rozmowę.

gender.pl

Podczas lektury wierszy Joanny Lech wrócił do mnie cytat z "Siomgi" Sofii Andruchowycz: "Tak, człowiek to dom, który stoi na gównie. I bez tego gówna może się zawalić". I wydaje mi się, że trzeba o tym pamiętać, gdy mamy do czynienia z poezją Lech, poezją, która przypomina nam, że mamy w ciele otwory, gdzie wsuwamy jeśli nie łyżeczki, to inne dziwne rzeczy i przedmioty. Że to ciało łuszczy się i rozpada, że można je zwijać jak muszla, że ból gardła i ból głowy będą się powtarzać, słowem: ta poezja mówi coś, z czym pozostaje się tylko oswoić, co można jedynie ugłaskać.

Bo wystarczy, że kot przejdzie drogę. Wystarczy, że zacznę o nim pisać - zaczyna swędzieć. Do czerwoności i do znudzenia. Płatki uszu, ramiona i plecy. Ale kot ma futro przyjemne i miękkie, prawda? Poza tym mruczy, kiedy wziąć go na ręce i odpowiednio podrapać pod brodą. Ale wszy są już pod ubraniem - nagle pojawiają się zadrapania i głębokie ślady. Miało być przyjemnie, a jest gorączka i trzeba brać lekarstwa, wstrzykiwać antybiotyki, pobierać krew. Na tych kilka chwil przyzwyczaić się do ukłuć i cofającego się do ust rosołu.

Ale oswoić tego nie sposób, to wraca, wraca za każdym razem.

I nachylając się nad muszlą klozetową, w ogóle pisząc teraz te słowa, zaczynam mieć obawy. Jak gdyby zaraz z muszli klozetowej wypłynęło coś, co powinno tylko znikać. Jak gdybym nagle uświadomił sobie - nie brałem prysznica od dobrych kilku dni, nie goliłem się i nie zmywałem naczyń, które zaczynają ożywać w zlewozmywaku. Jak gdybym nagle coś sobie przypomniał - coś ważnego, coś, co było do tej pory tylko "znakami na niebie, nieostrymi plamami". Jak gdyby właśnie dzisiaj i właśnie teraz osiedle zaczęło wypełniać się błotem i żabami. Jak gdyby okazało się - istnieje niebezpieczeństwo, że te kartki z wierszami i ten laptop, na którym piszę, zalęgną się od robactwa i nic więcej nie zostanie.

Będzie widać tylko zgliszcza. Ruiny i rany. Najlepiej odwrócić się plecami i zapomnieć. Ale obrazy będą podchodzić do gardła i będzie trzeba je wymiotować. Nie pomoże ręka i tej ręki gmeranie w gardle.

Dlatego poezja staje się tutaj próbą ucieczki, "próbą wyjścia" - tak obrazów z głowy/ciała/pamięci, jak i podmiotu z pamięci. Dlatego słychać w tych strofach najgorsze i najmniej przyjemne. Słychać ruchy pasożyta oraz wrzask w pokoju bez klamek. Zaraz jednak - nie zdążycie zliczyć do dwóch - spokój i zgodę, coś, co mówi: "Zostaje znaczenie". Dlatego tyle tutaj chorób, przez które nieustannie trzeba przechodzić i które przypominają o tym, co najważniejsze, o tym, czym się kończymy i jak się kończymy - "skóra lepka od ropy i larw, rozkład". Dlatego też muszą być strzykawki, gorączki i swędzenia - żeby wypłukać, zedrzeć, wypocić. Żeby potem zawinąć w woreczek, zamknąć drzwiczki.

Joanna Lech próbuje oswoić te obrazy, te ciała, które "woda wyrzuca [...] uderzając/ o brzeg" i jeszcze zwierzę, które rozrywa od środka i "drapie o brzuch". Chce, żeby zostało znaczenie, chce pozostawić znaczenie, czyli to, co nieostre, i to, czego nie widać na zdjęciach. I tutaj tkwi siła tych wierszy, na cienkiej linii pomiędzy wrzaskiem a spokojem. I nie potrafię powiedzieć, i nie wiem, po której stronie jest lepiej i czy w ogóle po którejś ze stron może być dla poezji lepiej.

Pytania:

1. Prawie we wszystkich wierszach, jakie dostałem od Ciebie, pojawia się motyw blizny, kości, śladów czy swędzenia (mówiąc nawiasem tych motywów jest o wiele więcej). Czy Twoje wiersze złożone są więc z obrazów, które tkwią w gardle i nie pozwalają o sobie zapomnieć?

Rzeczywiście, tkwią w gardle. Choć częściowo wynikają też z obserwacji; to są dwa naprzemienne, przenikające się wątki w "Zapaści" - rzeczy, które widzę i te, które wciąż wracają z przeszłości. Obrazy, od których nie da się uciec, jak powódź z dzieciństwa, która w nocy zalała pół domu, albo pożar na polach czy też osunięcie się ziemi, które odsłoniło gnijące kości. Dla takiego dzieciaka jak ja, o wybujałej wyobraźni to były niezłe przeżycia. Nie chcę tu zanadto mitologizować, ale wiem, te motywy odbijają się w wierszach; to jest jak owo zadrapanie w powiece, przez które chyba zawsze już będę patrzeć.

2. Często też pojawia się u Ciebie jeśli nie szpital, to atmosfera szpitala. Z jednej strony czystość lekarzy, którzy dezynfekują ręce, a z drugiej brudne ciało, które trawi choroba. Dlatego też w tym właśnie miejscu widać (najlepiej?), jak ludzkie ciało jest słabe i bezbronne. Podobnie jest chyba z sypialnią czy w ogóle łóżkiem. Ale nie wydaje mi się, żeby było to oryginalne spojrzenie. A może nie o oryginalność się tutaj rozchodzi?

Nie, ja nie mam żadnych aspiracji do oryginalności (jakkolwiek dziwnie to zabrzmiało, ale, jak słusznie zauważyłeś, nie o to chodzi). Z jednej strony szpitalna sterylność miała być nawiązaniem właśnie do zapaści, z drugiej - to też wynika ze mnie, w końcu spędziłam trochę czasu w tych instytucjach, to musiało jakoś wyjść. Choć mi się akurat nie rzuca w oczy ten nadmiar. Łóżko i puste pokoje to z kolei wyraz mojego uwielbienia do opuszczonych i zdewastowanych miejsc. Oraz samej pustki, jeśli już przy tym jesteśmy. A jeśli chodzi o ciało, bardziej fascynuje mnie rozkład; ale też ból, choroby i przeszywające zimno. Te ekstremalne doświadczenia, które wpływają na inne postrzeganie świata.

3. Znęcasz się w swoich wierszach nad ludzkim ciałem? Nakłuwasz skórę, przegryzasz język i pozbawiasz strof powietrza?

Znęcanie się nad ciałem, coś w tym jest. Tak, chyba coraz bardziej świadomie dążę do okrucieństwa; zwłaszcza w nowych tekstach, które pełne są takich cięć, nakłuć i zadrapań. Ale rozdarcie to także wynik okoliczności, w których wiersze powstawały. Więc tak; można tak powiedzieć, ale można by też powiedzieć inaczej: “kobieta pisząca o ciele, niesłychane”.

———

Joanna Lech (ur. 1984) - nie potrafi pisać na papierze. Jej zdaniem życie składa się z kilku przyjemnych przyzwyczajeń i nałogów. Dlatego w ciągu najbliższych sześciu miesięcy nie weźmie ślubu (nawet z następcą Kim Dzong Ila) i nie znajdzie sensownej pracy. Lubi skreślać i ma lęk wysokości. Przed chwilą zaczęła się bać.

niedoczytania.pl

Grzegorz Nurek: W 2007 roku wygrałaś w konkursie poetyckim im. Jacka Bierezina, czego efektem było wydanie twojej debiutanckiej książki „Zapaść”. Teraz ten sam tom ma szanse otrzymać nagrodę Silesiusa w kategorii „debiut”. Czy zwróciłaś uwagę na to, że jesteś jedyną poetką, która znalazła się w gronie finalistów… Nie niepokoi Cię dominacja mężczyzn w życiu literackim? W początkowym etapie konkursu na 120 zgłoszonych tomów jedynie 37 napisały kobiety.

Joanna Lech: Początkowo nie zwróciłam na te dysproporcje uwagi. Uświadomiłam to sobie, dopiero czytając komentarze w internecie. Rzeczywiście, czasami daje się odczuć, że ta cała zabawa nie jest dla dziewczynek. Mimo to wierzę, że „Zapaść” znalazła się w finale jedynie ze względu na zawartość i żadne inne czynniki nie były brane pod uwagę.

GN: Ubiegły rok wydaje się rokiem ważnym w próbie zauważenia i docenienia poezji pisanej przez kobiety. Ukazała się głośna antologia „Solistki” zawierająca wiersze 41 poetek które zadebiutowały w ostatnich dwudziestu latach, prócz Ciebie znalazły się tam Bianka Rolando i Agnieszka Mirahina. Czy czujesz więź pokoleniową z piszącymi rówieśnikami, twórcami urodzonymi w latach 80-tych?

JL: Nie odnajduję się w kategoriach pokoleniowości. Jesteśmy odrębni, każdy stara się pisać w innej poetyce. Każdy zapisuje swój osobny świat. O ile poprzednie roczniki są kojarzone jako bardziej zwarte, jak pokolenie „BruLionu”, czy „Nowego Nurtu”, o tyle my jesteśmy raczej większymi indywidualistami. Nie zauważyłam tworzenia się jakiś znaczących grup czy kierunków, no może poza nurtem tzw. poezji zaangażowanej. Ale w moim odczuciu, ciekawsza jest właśnie ta mnogość i różnorodność.

GN: W medycznej terminologii „zapaść” jest stanem ostrej niewydolności krążenia objawiającym się osłabieniem i poczuciem zamierania prowadzącym często do utraty przytomności. Zapaść jest stanem zagrażającym życiu. Czy tak należy rozumieć tytuł tomu? W wierszu „Poza” piszesz także: „zostaje już tylko patrzeć, odwrócić się, zapaść do środka, jak w wodę”.

JL: Cieszę się, że zauważyłeś wieloznaczność tego określenia. Lubię podobne gry językowe, nie tylko w poezji. Książka jest właśnie o zapaści, w każdym tego słowa znaczeniu. Gdy zbierałam teksty do książki, świadomie wybrałam trzydzieści wierszy najbardziej ilustrujących to, o czym chciałam napisać: o pustce, rozpadzie, braku. W końcu nie można poszukiwać za wszelką cenę afirmacji świata, kiedy on uwiera, boli i zatruwa. Przez jakiś czas myślałam, że właśnie pisanie może mi pomóc posklejać i ułożyć te wszystkie rzeczy, które się posypały w przeszłości. Już w to nie wierzę. To rozdarcie zawsze będę w sobie nosić, traumy będą powracać.

GN: Próbuję na własny użytek nazwać twój tom, określić jego zawartość. Reportaż po kataklizmie? Zapiski kliniczne? Sennik? Twoja książka zbiera zarówno pozytywne, jak i dość krytyczne recenzje, głosy. Krytycy zarzucają Ci, że świat wierszy, który kreujesz, zbytnio przypomina klimaty poezji Wojaczka, Rimbauda i innych buntowników słowa. Czy rok po ukazaniu się książki coś byś w niej zmieniła?

JL: Zdaję sobie sprawę z powtarzalności pewnych słów i motywów. Ale to wynika ze mnie, z wewnątrz. Nie jest celową i sztuczną kreacją. Ja nigdy nie byłam wyznawczynią Wojaczka, Honeta, czy Rimbauda. To, o czym piszę jest moje, prawdziwe. Przeżyte, więc autentyczne. Z perspektywy czasu niczego w książce bym nie zmieniła. Choć pewnie w następnych tomach postaram się bardziej odmierzać ten katastrofizm. A jeśli chodzi o „Zapaść” – tak, chyba te wszystkie trzy określenia, których użyłeś, są dobrym tropem. Ale jeszcze nie oddają całości.

GN: Kiedy planujesz wydać następny tomik?

JL: „Nawroty”, mój drugi tom wierszy, powinien ukazać się już jesienią w wydawnictwie Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu, w serii poetyckiej pod redakcją Mariusza Grzebalskiego. Tomik zawiera 28 wierszy pisanych przez ostatnie dwa lata. Myślę, że to będzie książka pod pewnym względem ostrzejsza, bardziej niepokojąca. Jeszcze większe zagłębianie się w przeszłość, powracanie obsesji. Właściwie dążę do opisu okrucieństwa.

Tygodnik Powszechny 19/2010


Marcin Bałczewki: Jak to się stało, że zostałaś poetką? Pewnego dnia rozpoczęłaś naukę w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim, a co było wcześniej?

Joanna Lech: Wcześniej był ktoś trochę pogubiony. Tak jakoś długo nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca: zaczęłam studia, rzuciłam po roku, pracowałam, nie pracowałam, różnie to było. W międzyczasie pisałam prozę, potem zaczęłam pisać wiersze i popadać w kłopoty. Dużo rzeczy się wtedy działo, szczególnie tych złych. Więc po wszystkim byłam trochę połamana, właściwie dlatego przeniosłam się do Krakowa, zdawałam na studia, dostałam się na SLA i próbowałam się jakoś pozbierać.

Ale właśnie, skoro mi już wypominasz to SLA - czy ono daje automatyczną nobilitację na poetę? Nauka pisania w weekend? Nie sądzę. W końcu warsztaty poetyckie polegały głównie na ocenianiu gotowych już tekstów. I tak to leciało, krytyka, udzielanie wskazówek i podsuwanie nam listy lektur. Owszem, cenne doświadczenie, przekrojowe zajęcia, ale jakbym się sama nie przyłożyła, to nic by z tego nie było. Chyba tylko klimat, bo w końcu zjechało się ludzi z całej Polski, te bestie ambitne, to był niezły ferment. Dał mi motywację, kopa, żeby dalej pisać te teksty, pracować nad nimi, wysyłać, coś z nimi robić.

M.B.: Czyli aby zostać poetą wystarczy chcieć?

J.L.: Tak i trzeba się dużo modlić. A poważnie - nie mam pojęcia, nigdy nie chciałam zostać poetą. A poetką też nie zostałam z łapanki, to wynikło z tych wszystkich rzeczy, które się we mnie zebrały, chciały się zapisać. Oczywiście pracowałam też nad sobą i nad warsztatem, to się tak razem splatało. I właściwie to nigdy nie chciałam zostać, więc nie bardzo wiem, co ci odpowiedzieć. Trzeba mieć o czym pisać, po prostu, mieć swój własny styl. I pewnie trochę wytrwałości.

M.B.: To o czym chce pisać Joanna Lech?

J.L.: O tym, co widzi, najprościej. O wszystkim, co było i boli, i będzie wracało. Nic odkrywczego, ale czy żyjąc przez tyle lat na krawędzi, można pisać o czymś innym? O kwiatkach, pantoflach, romansach? Więc można powiedzieć, że Zapaść (debiut Joanny Lech – przyp. red.) jest o rozpadzie, pustce, braku złudzeń, owej zapaści w każdym tego słowa znaczeniu. Ale właściwie po co mówić, skoro wiersze mówią same za siebie.

M.B.: Każdy twórca ma pewną strategię istnienia - bez niej same teksty nie obronią się (a szkoda). Twój image, wypowiedzi - jak kiedyś sama mi przyznałaś wciąż te same pytania - nie są właśnie z tego powodu, z tej hermetyczności istnienia w świecie literackim, tajemniczości?

J.L.: Nie ma żadnej strategii, po prostu niekoniecznie jestem otwartym i miłym człowiekiem, stąd się pewnie biorą te pytania, czy skojarzenia, nie wiem. A wiadomo, że środowisko literackie, to takie małe podchody i że ta zabawa nie jest dla dziewczynek. Ja żyję poza tą piaskownicą. Oczywiście jest Kraków, są jakieś spotkania, wyjazdy się zdarzają, są poeci, których cenię, znajomi, których wielbię, ale moje życie toczy się gdzie indziej. Ja raczej nie lubię ludzi, nie piję z obcymi, nie będę stać na ulicy i gadać o pierdołach. To nie image, taka już moja natura. Właściwie trochę nad tym myślę, odkąd się dowiedziałam, że jestem taktowna niczym rak prostaty :).

M.B.: Nie boisz się tego, że zapragniesz zmiany i ludzie zaczną odbierać cię jak np. obecną Chylińską - kiedyś ostry rock, teraz disco "popierdułka"?

J.L.: Chylińska mnie nie interesuje. Jeśli chodzi o zmiany, tak poważna nie dokona się z dnia na dzień. Jeśli w ogóle jeszcze potrafię się zmienić. Może na razie wystarczy ta odrobina dobrej woli, owego taktu, żeby ludzie mogli ze mną wytrzymać? I myślę, że odrobina życzliwości też by nie zaszkodziła.

M.B.: Przepraszam że tak ciągle o tej strategii istnienia. Wydaje mi się, że o Twoich wierszach powiedziano i Ty powiedziałaś tyle, że nic więcej nie da się wyłuskać nie popadając w jakiś banał. Z drugiej strony większość osób, które przeczyta ten tekst nic o Tobie i twoich wierszach nie wie. Co wiedzieć powinien?

J.L.: Nie lubię mówić o swoich tekstach, o sobie skromnie też nie będę, już i tak pewnie powiedziałam za dużo. Bo przecież nie o to chodzi, żeby robić za własnego krytyka, od tego są specjaliści. Więc wybacz, ale „nic więcej nie da się wyłuskać nie popadajmy w jakiś banał”. nie popadajmy.

M.B.: To w takim razie tradycyjne, przedostatnie pytanie – znasz jakąś anegdotę literacką?

J.L.: Niestety, znam tylko takie, których nie wypadałoby przytaczać :).

M.B.: O rady dla początkujących poetów nie będę pytał ponownie, bo już o tym wspomniałaś. Pytanie o okulary, jak i odpowiedź, pozostawię dla siebie.

plasterlodzki.pl

Joanna Lech podjęła się arcytrudnego wyzwania. Z całą prostotą: jak powiedzieć czytelnikowi, że świat może okazać się obcy i niewystarczający, nie odwołując się do religii, nie posługując się ironią albo nie przyjmując - w oparciu o własne doświadczenia - ekshibicjonistycznej postawy? Że ten świat - mogłaby powiedzieć bohaterka wierszy Joanny Lech - który co prawda was okalecza, czasem zmusza do rezygnacji z tego i owego, ale w ostatecznym rozrachunku przyjmujecie go za swój, borykacie się z nim i ta walka potem daje wam mądrość czy wytrwałość - nie jest w żadnym wymiarze moim światem. Nie mam mu nic do zaoferowania. On także: "nic nie odbija się w słońcu".

Mało tego. Jak opisać świat bez innego, bez tego wszystkiego, co może się rozegrać między dwiema osobami? I jaki byłby ten świat? Niewątpliwie obojętny. Przeraźliwie opustoszały: "jutro nie znajdziesz już tutaj niczego - zostanie pasek, muł, strzępki papieru". Taki właśnie świat widzę w wierszach Joanny Lech: przeszywająco zbyteczny. Smutny. Niektórzy mogą zawyrokować, że nużący. Dla mnie nie jest. Dla mnie jest prawdziwy.

biuroliterackie.pl

Roman Honet: Na początek pomyślałem o prostym pytaniu. Jak wyglądały Twoje początki pisania? I co sprawiło, że wytrwałaś w pisaniu, pytam poważnie: świat oferuje tyle możliwości...

Joanna Lech: Jakoś nie widzę tych możliwości. Ale poważnie: zaczęło się od prozy. Przez jakiś czas pisałam też krótkie, zwarte i mroczne wiersze. I oczywiście zupełnie grafomańskie. Dopiero potem przyszły eksperymenty - z treścią i warsztatem, z czego wynikło już bardziej świadome pisanie. Jednak trochę to trwało, zanim doszłam do siebie.

Jak wyobrażasz sobie zakończenie? Znowu poważnie pytam: czy kiedykolwiek pomyślałaś, że mogłabyś przestać pisać? Pomyślałaś? Zobaczyłaś to?

Raczej się na to nie zanosi. Chyba się nawet pogarsza; w ostatnim trudnym czasie pisałam tak kompulsywnie, że powstał zbiór cykli, z odgórnym zamysłem złożenia na książkę. Podsumowując: nie da się nie napisać, choć może już niekoniecznie to publikować.

Zwróciłem uwagę na obsesyjnie powracające motywy w Twoich wierszach: chłód, wilgoć, światło, głód, blizny. Oczywiście wiersz powinien mówić sam, ale może namówię Cię na słowo komentarza: dlaczego? Skąd się biorą? Skąd przenikają do Twoich utworów?

Zdaje sobie sprawę. Chyba już jestem na to skazana - być takim obserwatorem, który wciąż na nowo przetrawia swoją przeszłość, jak to ktoś trafnie określił. Choć myślę, że te obrazy także wychodzą niejako poza moją świadomością. Nawet gdy siadam do pisania z uczciwym zamiarem panowania nad tekstem i trzymania dyscypliny, te "blizny" jakoś się zawsze przecisną i pozarażają. Myślę, że to się chyba zbiera we mnie i wykluwa, wychodzi z ciała. To musi się jakoś przeżuć i wypluć.

Czym jest dla Ciebie głód?

Pustką. Brakiem. Dojmującą potrzebą. Wszystkim naraz.

Jak sądzisz, na co postać pojawiająca się w Twoich wierszach mogłaby przystać z mniejszym oporem? Co by wybrała: normę czy szaleństwo? Nie chciałbym zanadto utrwalać, narzucać swojego punktu widzenia: może w grę wchodzi jeszcze odmienne rozwiązanie?

Myślę, że szaleństwo wydaje się niezłym planem na weekend. Jeśli chodzi o inne, to pewnie rezygnacja. A z milszych rzeczy - popadanie w skrajności albo zapadanie w nałogi.

Rzeczywistość w Twoich wierszach wydaje się nieprzystępna, obca, jakby odseparowana, obojętna. "Świat dopiero będzie" - zapisałaś w pewnym wierszu, co mogłoby oznaczać, że jeszcze nie nastał. Co więc jest teraz? Albo: co zostało?

W jednym z pierwszych wierszy napisałam, że w ostateczności widać tylko ten "cień odbity w oknie z rozległym widokiem na przepaść". I owo okno może być odpowiedzią na to pytanie. Niestety, ale taki jest właśnie świat, w którym mieszkam. Zimny i obcy. Tylko, że ta przepaść nie zawsze znajduje się na zewnątrz.

"w następnym bloku / zawsze pali się światło - jest jak czuwanie przy zmarłym, / czyszczenie mu butów" - znowu pozwoliłem sobie przywołać cytat. Na dowód panującego w Twoich utworach poczucia smutku. Rezygnacji. Światło nie musi palić się wyłącznie na choince, rozumiem, dlatego chciałem zapytać: czy w życiu, codziennym, zwykłym życiu - również towarzyszą Ci - tak samo permanentnie jak Twojemu alter ego w wierszach - odczucia tego typu? Może udajesz? Konfabulujesz? Co ma wspólnego bohaterka Twoich wierszy z Joanną Lech? Mówię o bohaterce, bo tam jest dosyć jednoznaczna narracja, zatem: na ile ją stworzyłaś, a na ile pozostajesz nią sama?

Tak. Nie. Nie. Wszystko. Tylko w wierszach mogę być naprawdę sobą. Jednocześnie, będąc sobą tak intensywnie, w tym "zwykłym życiu" potrafię być sobą odrobinę mniej. I dzięki temu czasami udaje się ze mną wytrzymać.

Czy zdarzyło Ci się wyśmiewać swoje własne wiersze? Stanąć obok nich?

Wystarczy, że znajomi gustują w takich wyszukanych rozrywkach. Choć przyznaję, że czasem też się daję sprowokować do wygłaszania autoszyderczych pastiszów.

Widzę, że masz taką szykowną stronę internetową. Po co Ci ta strona? Trawestując Lechonia: czego to się spodziewasz i na cóż to liczysz?

Niczego się nie spodziewam i na nic nie liczę. Po prostu: stronę dostałam w prezencie, robioną gdzieś pokątnie, po nocach i po godzinach. Nie mam też na nią większego wpływu. A że rozumiem to jako dowód ciepłych uczuć do mojej osoby, uparcie przyjmuję do wiadomości tylko te trzy rzeczy; że jest - jak już wspomniałeś - szykowna, niezbędna i że posiada absolutnie zajebiaszczą grafikę.

Pora na moje dyżurne pytanie: debiuty ostatnich lat, intrygujące i błahe. Twoim zdaniem. Wyłącznie wymienisz, czy odważysz się na ocenę?

Pozwól, że wymienię tylko te intrygujące: Sławek Elsner, Łukasz Jarosz, Joanna Wajs, Szczepan Kopyt, Edward Pasewicz. Oraz wielu innych, których nie pamiętam.

biuroliterackie.pl

[...] Jeżeli słowo „kontestacja” wydaje się czymś na wyrost, to przy lekturze wierszy Joanny Lech próbowałbym je zamienić na coś mniej ostrego. Myślę o naburmuszeniu, nastroszeniu, niechęci, o przedwczesnym zgorzknieniu. Zdaję sobie sprawę, że to niezbyt fortunne zamienniki. Ale kiedy przed dwoma laty zaczynałem netową korespondencję z początkującą poetką, co doprowadziło do jej prezentacji na internetowej stronie „Odry”, to myślałem sobie o niej jako „naburmuszonej dziewczynce”. Jakże się myliłem. To było raczej zakłopotanie, finezyjnie rozgrywany niesmak dotyczący warunków spowiadania się, opowiadania o świecie, komunikowania się. Joanna Lech od początku szukała własnej „składni”, która byłaby odpowiedzią na pytanie, jak to wszystko złożyć w całość, jak połączyć odrazę do rozkładu z wolą ekspresji, chęcią mimo wszystko mówienia o swym ledwie rysującym się cieniu na tle ostrych kantów tak zwanej rzeczywistości. I z tym mówieniem też nie należy przesadzać, bo ono, jak wszystko wokół, ulega erozji, rozkładowi, gniciu, jeżeli jest go w nadmiarze. Dlatego w tych tekstach informacje dawkuje się, uczucia schładza i cedzi, orzekanie powstrzymuje się na każdym kroku, a tak zwany wiersz chciałby się kończyć, zanim jeszcze się zaczął. Nie ma widoków na powstrzymanie rozkładu. Słowo tym bardziej go podkreśla. Zwłaszcza słowo poetyckie. Dlatego w tych wierszach wieje chłodem. Po co się obnażać w pustkę? Po co te pozory empatii? Kontestację Lech nazwałbym najbardziej organiczną, głęboko metafizyczną. Zatrważający – muszę przyznać – początek. Nie widzę przyszłości. I nie powinienem, bo te wiersze mówią wyraźnie, że należy unikać hipostaz. Wśród nich jest również „przyszłość”. Mam nadzieję, że zbyt długo nie będziemy musieli czekać na książkowy debiut tej oryginalnej młodej poetki. [...]

Odra 3/2009

Wśród poetów, którzy zajmują ostatnio moje myśli, ponieważ stali się symbolem zmian, stali się protagonistami ewolucji estetycznej zachodzącej w łonie nowej poezji, ważne miejsce zajmuje Joanna Lech. Gdyby nie Internet, nic bym o niej nie wiedział, a raczej dowiedziałbym się zbyt późno, czytając gotowy już tomik, rzecz wydrukowaną. Internet umożliwił mi przyglądanie się rozwojowi jej twórczości. Ważne w poznawaniu tej poezji były spotkania na zajęciach w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie, gdzie Joanna Lech doskonali znajomość poetyckiego warsztatu, stopniowo odnosząc coraz większe sukcesy. Nie chciałbym czego pominąć, ale faktem jest, że ostanie miesiące przyniosły młodej poetce uznanie ogólnopolskie, czego dowodem może być druk na łamach liczących się czasopism oraz laury w kilkunastu konkursach poetyckich. Jako juror zwróciłem uwagę na jej wiersze w konkursie im. Sułkowskiego w Skierniewicach. Ich jakość docenili pozostali jurorzy: Henryk Bereza, Bohdan Zadura, Darek Foks. Bezsprzecznie największym sukcesem były zwycięstwa w konkursach: im. Rilkego w Sopocie i im. Bierezina w Łodzi. To są konkursy niezwykle ważne, kreujące nowe hierarchie na młodoliterackim Parnasie.

Kiedy przed dwoma laty zaczynałem netową korespondencję z początkującą poetką, co doprowadziło do prezentacji na internetowej stronie „Odry”, to poruszyła mnie jej przedwczesna dojrzałość, osobność, naturalny dar. Myślałem sobie o niej jako „naburmuszonej dziewczynce”. Jakże się myliłem. To była raczej zakłopotanie, finezyjnie rozgrywany niesmak dotyczący warunków spowiadania się, opowiadania o świecie, komunikowania się. Joanna Lech od początku szukała własnej „składni”, która byłaby odpowiedzią na pytanie, jak to wszystko złożyć w całość, jak połączyć odrazę do rozkładu z wolą ekspresji, chęcią mimo wszystko mówienia o swym ledwie rysującym się cieniu na tle ostrych kantów tak zwanej rzeczywistości. I z tym mówieniem też nie należy przesadzać, bo i ono, jak wszystko wokół, ulega erozji, rozkładowi, gniciu, jeżeli jest go w nadmiarze. Dlatego w tych tekstach informacje dawkuje się, uczucia schładza i cedzi, orzekanie powstrzymuje się na każdym kroku, a tak zwany wiersz chciałby się kończyć, zanim jeszcze się zaczął. Nie ma widoków na powstrzymanie rozkładu. Słowo tym bardziej go podkreśla. Szczególnie poetyckie. Dlatego w tych wierszach wieje chłodem. Po co się obnażać w pustkę? Po co te pozory empatii? Kontestację Olech nazwałbym najbardziej organiczną, głęboko metafizyczną. Zatrważający – muszę przyznać – początek. Nie widzę przyszłości. I nie powinienem, bo te wiersze mówią wyraźnie, że należy unikać hipostaz. Wśród nich jest również „przyszłość”.

Cegła #11

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2010