nawroty

 

JOANNA LECH "Nawroty"

Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej
i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2010
Biblioteka Poezji Współczesnej tom 23
Redaktor serii: Mariusz Grzebalski
Autor okładki i koncepcji graficznej: Piotr Zdanowicz
Grafika na okładce: Tomasz Trafiał
Skład, łamanie: Dorota Bojkowska
Korekta: Anita Kowalewska-Łopatka, Natalia Słomińska
format 13,5 × 21 cm, 46 stron, oprawa miękka ze skrzydełkami
ISBN 978-83-60746-66-0

Premiera tomiku odbyła się 16 listopada 2010 r. podczas 6 spotkania z cyklu "Seryjni poeci" Wydawnictwa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu.


Książkę można kupić na stronie www.wbp.poznan.pl
oraz w księgarniach: Tajne KompletyLideria.pl, Liber.pl

Upał tli się w rękach i zaraża trawy. Dławi ziemię,
kiedy biegniemy przez pola; zbieramy małże, żujemy liście
jak cukier. Wiatr nawiewa iskry i dym gryzie w oczy.
Nad lasem niebo, w nim: ogień, ten obraz- rzeka nabiera wody
i połyka słońce. Dzieci lepią gniazda i zasypiają ssąc palce.
Sierpień sypie im popiół we włosy, kreśli znaki na niebie.
Skacze do wody z kamieniem w gardle.

Ten obraz, Anno, nie daje się przełknąć. Jakby to rosło we mnie;
strup w zgięciu ramienia. Zadrapanie na oku. Sen, który rozcina skórę
głębiej niż noże i wciska mech do tętnic, pióra wpycha do ust.

Zostaje znaczenie; znaki na niebie, nieostre plamy. To, co się będzie
powtarzać, jak chłód, wilgoć, zacieki na wszystkich ścianach, gruz
pod każdym oknem. Niczego nie ma na zdjęciach; miasto brzmi
jak rodzaj choroby - gorączka lub powódź, dół pełen błota i kości.

To bardziej jak próby wyjścia niż nazywanie objawów, patrzenie
pod spód, jak pleśń wychodzi z piwnic, walą się domy bez drzwi.
Rzeka wylewa z koryta, pamiętam; woda wyrzuca ciała uderzając
o brzeg. Zostaje znaczenie - skóra lepka od ropy i larw, rozkład;

obraz, który tkwi w gardle, nie pozwala zapomnieć.

Pamiętamy jeszcze podróże z przerwami, szmery i kłucie;
spękaną z upału ziemię, pola gnijące od wody. Więc brakowało
w pokoju światła, był śnieg i szadź pełna szczątków roślin.
Ciemne zaspy spadały na okna, sny się wwiercały w podłogę.

Może lubiliśmy takie zabawy – noce na dworcach, zimne nazwy chorób?
Historie proste jak ślady poparzeń. Z włosów ściekał deszcz, żarówka pękła,
gdy wypluwaliśmy grudy. Może coś się wykluło i zgniło, kilka blizn
zmieniło się w strupy. Coś rozrosło się w tobie, już są objawy –

glina na rękach, plamy po rdzy. Słowa, które szepcze ktoś obcy,
kiedy nad ranem próbuje przecierać oczy; poszarpany jak mięso
i naostrzony.
 

wszystko się skończy. Blizny na dobre zarosną. Ciepło wybije nas
z rytmu i wejdzie do kości. Zobacz, ten sen przyniesie nam odwilż;
w usta wgryzie się dym i przetnie język. Musisz wymyślić nowy.
Inaczej zostaną tylko te resztki, spalone wersy. Odłamki. Zobacz;
ziemia tli się w tych skrawkach, pęcznieje, aż zapadają się stopy.

Wiatr nawiał iskry i liście drgały od rosy. Widocznie już niosłam
w sobie niepokój; jak dziecko, rosnące pod sercem, podczas,
gdy marzec zamieniał się w rozpacz. Tak ładnie pękało wszystko:
ulice i niebo, nasze ciała sklejone śliną. Błyski cięły powietrze
jak papier, krew wypływała z łodyg.
Pomyśl, ten sen przyniesie

nam odwilż. Zamknij oczy i zobacz; wilgoć wsiąka we wszystko.
Słowo rozcina skórę. Ziarnko wypada z ust.

Ten rodzaj zimna zostaje; dreszcze, jakby ktoś wstrzyknął lód
w żyły i szron zarósł płuca. Tymczasem cisza wylęga się w domu
i zaraża ulice, puste pokoje, ciała bardziej obce.

W tym świetle wszystko wydaje się sine; odwracasz się i twoja twarz gnije,
rozpada się, jakby zeszła z niej skóra. Południe paruje i słowa się kręcą
jak płyta; można użyć tego, którym nazwano chorobę;

ugryźć się w język lub strzelić w usta. Bo nie ma siły, żeby powtarzać
od nowa: pękło słońce i okno płonęło, dzień się rozrastał jak guz.
Muzyka wisiała nad miastem przez cztery noce,

zostały iskry, odłamki; tło jest gotowe. Jutro farba wyblaknie,
śnieg zasypie przejścia; a potem, nad ranem przyłożę ci place do skroni,
kolejne błyski będą cięły powietrze.

Wcześniej tylko powódź, zasypane drogi; znaki na niebie,
ślady na śniegu czarnym jak smoła. Pamiętasz popiół,
choć ogień był tylko w głowie – może dlatego podwórko
zmieniło się w mgłę; zarosły szyny. Zapadły się ściany.

To wszystko wraca jak pięść. Połyka nas wszystko,
czego się nie da wypełnić, posklejać z kawałków;
otwierać jak żyły, do kości.

Zapomnisz o tym, gdy wróci zima. Zostaną kręgi,
drgania; szalik wetknięty pod krę, puste jezioro
pokryte lodem jak folią.

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2011