nawroty

Zostaje znaczenie; znaki na niebie, nieostre plamy. To, co się będzie
powtarzać, jak chłód, wilgoć, zacieki na wszystkich ścianach, gruz
pod każdym oknem. Niczego nie ma na zdjęciach; miasto brzmi
jak rodzaj choroby - gorączka lub powódź, dół pełen błota i kości.

To bardziej jak próby wyjścia niż nazywanie objawów, patrzenie
pod spód, jak chłód wychodzi z piwnic, walą się domy bez drzwi.
Rzeka wylewa z koryta, pamiętam; woda wyrzuca ciała uderzając
o brzeg. Zostaje znaczenie - skóra lepka od ropy i larw, rozkład;

obraz, który tkwi w gardle, nie pozwala zapomnieć.

Ten rodzaj zimna zostaje; dreszcze i kaszel, jakby ktoś wstrzyknął lód
w żyły i szron zarósł płuca. Tymczasem cisza wylęga się w domu i zaraża ulice,
puste pokoje, ciała bardziej obce.

W tym świetle wszystko wydaje się sine; odwracasz się i twoja twarz gnije,
rozpada się, jakby zeszła z niej skóra. Południe paruje i słowa się kręcą
jak płyta; można użyć tego, którym nazwano chorobę;

ugryźć się w język lub strzelić w usta. Bo nie ma siły, bo to powtarzać
od nowa: pękło słońce i okno płonęło, dzień się rozrastał jak guz.
Muzyka wisiała nad miastem przez cztery noce,

zostały iskry, odłamki; tło jest gotowe. Jutro farba wyblaknie,
szyby zadrgają jak febra; nad ranem przyłożę ci place do skroni,
kolejne błyski będą rozcinać powietrze.

Wcześniej tylko powódź, zasypane drogi; znaki na niebie,
ślady na śniegu czarnym jak smoła. Pamiętasz popiół,
choć ogień był tylko w głowie – może dlatego podwórko
zmieniło się w mgłę; zarosły blizny. Zagoiły się strupy.

To wszystko wraca jak pięść. Połyka nas wszystko,
czego się nie da wypełnić, posklejać z kawałków;
otwierać jak żyły, do kości.

Zapomnisz o tym, gdy wróci zima. Zostaną kręgi,
drgania; szalik wetknięty pod krę, puste jezioro
pokryte lodem jak folią.

Upał tli się w rękach i zaraża trawy. Dławi ziemię,
kiedy biegniemy przez pola; zbieramy małże, ssiemy
liście jak cukier. Wiatr nawiewa iskry i dym gryzie w oczy.
Nad lasem niebo, w nim: ogień, ten obraz-rzeka nabiera wody
i połyka słońce. Dzieci lepią gniazda i zasypiają, ssąc palce.
Sierpień sypie im popiół we włosy, kreśli znaki na niebie.
Skacze do wody z kamieniem w gardle.

Ten obraz, Anno, nie daje się przełknąć. Jakby to rosło we mnie;
strup w zgięciu ramienia. Zadrapanie na oku. Sen, który rozcina skórę
głębiej niż ostrze i wciska mech do tętnic, pióra wpycha do ust.

Joanna Lech

lech.of--usuń--@gmail.com

copyrights © Joanna Lech, 2009-2010