Scroll Down

O mnie

Biogram

Rocznik 1984. Poetka, autorka tomów "Zapaść" (Biblioteka Arterii, 2009) oraz "Nawroty" (Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu, 2010). Publikowała prozę w Ricie Baum i Pograniczach, poezję m.in. w Opcjach, Studium, Tyglu Kultury, Portrecie, Toposie, Gazecie Wyborczej, Czasie Kultury, Frazie, Tygodniku Powszechnym, Radarze, antologiach Poeci na nowy wiek (Biuro Literackie, 2010) oraz Free Over Blood (OFF_Press, 2011). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in. im. K. K. Baczyńskiego, im. T. Sułkowskiego, im. S. Brzozowskiego, im. Z. Dominiaka, im. R. Wojaczka. W 2007 r. nagrodzona Grand Prix w VI konkursie im. R. M. Rilkego w Sopocie oraz nagrodą główną w XIII konkursie im. J. Bierezina w Łodzi. Za debiutancki tom otrzymała m.in. nagrodę specjalną w X edycji Konkursu Literackiego PTWK w kategorii "debiut roku" oraz nominację do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Za "Nawroty" nominowana do Nagrody Literackiej NIKE 2011. Stypendystka Miasta Krakowa (2011). Redagowała dział poezji w Kofeinie. Pochodzi z Rzeszowa, mieszka w Krakowie.

Nagrody

Stypendium Twórcze Miasta Krakowa, Kraków 2011

Stypendium Fundacji Grazella, Kraków 2011

Nagroda specjalna za debiut w X edycji Konkursu Literackiego PTWK, Warszawa 2010

Nominacja do Nagrody Literackiej NIKE, Warszawa 2011

Nominacja do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius, Wrocław 2010

Grand Prix w VI Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Rainera Marii Rilkego, Sopot 2007

Nagroda główna w XIII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. J. Bierezina, Łódź 2007

Opinie

Taki właśnie świat widzę w wierszach Joanny Lech: przeszywająco zbyteczny. Smutny. Niektórzy mogą zawyrokować, że nużący. Dla mnie nie jest. Dla mnie jest prawdziwy.

Roman Honet

Wiersze Joanny Lech prowadza nas - jak Billie Holiday - „po ciemnej stronie ulicy"... Bez patosu, ale i bez łatwych nadziei, spokojnie, ale z ukrytą w poetyckich obrazach ogromną skupioną siłą.

Bronisław Maj

Wśród poetów, którzy zajmują ostatnio moje myśli, ponieważ stali się symbolem zmian, stali się protagonistami ewolucji estetycznej zachodzącej w łonie nowej poezji, ważne miejsce zajmuje Joanna Lech.

Karol Maliszewski

Książki

Antologie

2014. Antologia współczesnych polskich opowiadań

2014. Antologia współczesnych polskich opowiadań

Wydawnictwo FORMA, 2014

Antologia współczesnych opowiadań. Zawiera opowiadanie "Co robimy, gdy w radiu leci Szklana pogoda".

Węzły, sukienki, żagle. Nowa poezja, ojczyzna i dziewczyna

Węzły, sukienki, żagle. Nowa poezja, ojczyzna i dziewczyna

Złoty Środek Poezji, 2013

Antologia wierszy współczesnych. Zawiera wiersze "Otarcia", "Agnieszka W. odkręca gaz" i "Błyski".

Once Upon a Deadline

Once Upon a Deadline

OFF_Press, 2012

Zbiór opowiadań powstałych podczas pisarskiego maratonu Once Upon a Deadline w ramach Polish Arts Festival w Southend-on-Sea. Zawiera opowiadanie w języku angielskim "The sea above, the sky below".

Free over blood

Free over blood

OFF_Press, Zeszyty Poetyckie, 2011

Dwujęzyczna antologia współczesnej poezji polskiej. Zawiera utwory: "Głód", "Próba powietrza", "Bezdech", "Mgnienia" i "Zapaść" w orginale i w języku angielskim w tłumaczeniu Marka Kazmierskiego.

Poeci i poetki przekraczają granice. Sto wierszy

Poeci i poetki przekraczają granice. Sto wierszy

Wydawnictwo FA-art, 2011

Antologia powstała w ramach projektu Fundacji Otwarty Kod Kultury promocji czytelnictwa najnowszej poezji polskiej. Zawiera wiersz "Szwy".

Almanach

Almanach

Forum Wydawców we Lwowie, 2011

Publikacja z tłumaczeniami utworów uczestników Międzynarodowego Festiwalu Literackiego we Lwowie 2011. Zawiera wiersze: "Bezdech", "Z braku", "Znaki" i "Powroty" w języku ukraińskim w tłumaczeniu Ostapa Slyvynsky'ego.

Pociąg do poezji

Pociąg do poezji

Kutnowski Dom Kultury, 2011

Antologia wierszy współczesnych poetów z motywem podróży. Zawiera wiersze: "Powroty" i "Ciąg dalszy".

Poeci na nowy wiek

Poeci na nowy wiek

Biuro Literackie, 2010

Antologia wierszy 21 poetek i poetów, którzy debiutowali w dekadzie 2000-2009. Zawiera utwory: "Sen na krawędzi", "Rozkład z widokiem", "Głód", "Nic więcej", "Agnieszka W. odkręca gaz", "Z braku", "Mijanie", "Ciąg dalszy", "Otarcia".

Publikacje

Wyspa 1/2014 Chimera 4/2014 eleWator 1/2014 Rowboat 5/2013 Helikopter 1/2013 Red 3/2012 Fa-art 4/2012 Wakat on-line Tygiel kultury 1-3/2012 Lampa 8/2012 Przekrój 23/07/2012 Rita Baum 19/2011 Cegła 19/2011 Dwutygodnik 51/2011 Tvar 03/02/2011 Radar 2/2010 Fraza 2/2010 Pogranicza 4/2010 Tygiel kultury 4-6/2010 Bliza 3-4/2010 Kresy 1-2/2010 Tygodnik Powszechny 19/2010 8 Arkusz Odry 7-8/2010 8 Arkusz Odry 1/2010 Czas Kultury 6/2009 Gazeta Wyborcza 28/11/2009 Topos 4/2009 Portret 27/2008 Arterie 3/2008 Red 2/2008 Cegła 13/2008 Wakat 2/2008 Topos 1-2/2008 8 Arkusz Odry 2/2008 Wyspa 4/2007 Akcent 4/2007 Tygiel Kultury 6-8/2007 Studium 3-4/2007 Opcje 2/2007

Teksty

Opoka

Why are we sleeping?
Soft Machine

Dziewczynka z pępkiem zamiast oczu. Jej ubranie pachnie jak skóra,
choć skóry już na niej nie ma. Ulice krwawią skrzepami i kiedy pada,
chmury zataczają koła nad moją głową. We śnie mam ptasi język
i pełzam. Nie chcę jej spłoszyć, mówię do jeżyn. I upał skwierczy,
choć widzę już tylko ogień. Noc zje to wszystko, żużel i zgrzyt.
Mówię, jezioro jest ślepą żarówką. Powtarzam, że pożar.

I śmierć nie odejdzie. Zawsze tam była. Będzie zapach cedru i głód.
Chmury w rękach dziewczynki, całe ze źrenic. Związane strunami,
które są trenem, które są pętlą. Dopóki ich nie zapleciesz.

Wystarczy

Solitude
Ulver

Zmęczenie wychodzi ze mnie, jak z tego psa,
którego minęliśmy na poboczu drogi, pamiętasz;
zakręt za mostem, miarowy szum. Krew wypływała
z niego ciemniejsza niż rzeka.

Paruje na mrozie i już się nie mieści w żadnym zdaniu,
ścieka z asfaltu w zaspy, prosto do twoich rąk. Wlewa ci się
do głowy. I wiesz, to długo jeszcze będzie wychodzić.
Długo będzie w nas mieszkać. Ponieważ śmierć jest także
ciszą, pamiętasz. Wibruje i żeby ją zgubić, wystarczy
się tylko obrócić, w ten sen rzucić patykiem, zagwizdać,

tak bardzo powoli, bardzo łagodnie się poddać.

Przyniosłam ci smutek

The saddest song
Morphine

Jest tyle wyjść. Ale na razie rzućmy się w śmiech, który powrócił
ze śniegiem. Chmury, które zawisły nad miastem, były czerwone
i ciężkie. Nuciły naszą piosenkę i tego właśnie się boisz, przyznaj.
Że nic poza nami nie zostanie ciepłego, będziemy krwawić
tak jawnie. Że się rzucimy z mostu w przerębel.

Na razie ciała są w rękach wiatru, który wygina je sobie,
jak chce. Niech je zawieje. A może kolejny raz uderzy w nas
ciemność, niech bierze. Niech je rozszarpie, nie są nam potrzebne.
Jest tyle wyjść, rzućmy się w błękit. Przecież wciąż tam jesteśmy
pod lodem, zmęczeni i ślepi. Jakby nie było wcześniej tych drzazg.
Nigdy nie mieliśmy wygrać.

Gezeit

Wir liegen da wie Steine, also kann ich uns Ufer nennen.
Die Stille geht unter die Haut wie ins Papier, die Lider schwellen auf.
Adern platzen. Wir haben die gleichen Symptome, und einen Augenblick lang
sind wir einander nah, genauso zerschlagen, verklebt wie Sirup und bitter.
Wir ertrinken im kalten Licht; der Schmerz in den Rippen pulsiert
und verlischt. Das sind nur Schauder, Blitze an den Beugen.
Narben, die nur Haut bedeuten.

Wenn die Wärmespur nach außen dringt, erstarrt sie
wie dein Gesicht; in dem Augenblick, wenn du dich umdrehst. Und man sieht –
was in dir brütet, will nicht kleinbeigeben. Es sackt zusammen,
verfault, wird fremd; kalt wie Messer, stumpfe Rasierklingen,
verbogene Schneiden.

übersetzungen: Ursula Kiermeier

Na pobřeží snu

Zdá se jí dvůr, kolotoč na chodníku. Malá holka piští,
zakrývá si oči, dokud jí nedojde dech. Najednou skočí do vzduchu
a hned spadne na tvář, před koš s odpadky.

A je ticho. V pozadí slunce. Nebe tak jasné jako ve snu.
Kousek dál kluci stavějí hráze, zasypávají se pískem. Malá holka pláče.
Smějí se jí, když si vytahuje z kůže kousky skla.
Ano, ode dneška jí budou říkat Divná;

to nic, schová se za rukama. Tam bude stoupat vzhůru,
obrůstat šupinami a učit se polykat.

překlad: Petr Motýl

Відстані

Виїжджаючи, ти забираєш із собою бурю.

І раптом все стає ясно; я розсуваю фіранки і намагаюсь затерти сліди,
плями з підлоги, смуги попелу і синці. Ти казав, що дороги назад немає;
є дим, але немає попелу, спалена шкіра свербить,

струпи по цілій долоні. Тож мене зраджує запах і скривлений вираз обличчя:
коли я намагаюсь нас якось назвати, вертаються біль коло серця і млості.
Сідаю знов під стіною, повторюю: це діється, мабуть, без мене,

як рецидив якоїсь чудної хвороби, гострі симптоми. А ще під ранок
наснився холод, наснився дощ і зуби, засіяні в порожній кімнаті,
слід їхній на животі; не народиться вже нічого.

переклад: Остап Сливинський

Bezdech

Odkąd niepewność zmieniła barwę i stan skupienia. Tak jest od wczoraj;
natrętne zimno, biel, szron skrzy się na drzewach. Muszę to odespać,
muszę coś z tym zrobić.

To staje się szybko, zapada się, drga, jak wepchnięte w rezonans.
Nawet ściany parują z nadmiaru, sen się skrapla w pościeli,
osiada na porach.

Swędzi bardziej niż dotyk, bardziej niż pióra tych ptaków,
ich połamane skrzydła, kości. Ślady odbite na śniegu –

spróbuj tam nie patrzeć, spróbuj się zachłysnąć.

Apnoea

Since uncertainty changed colour and physical form. Like this of yesterday;
relentless cold, white, frost sparking across trees. I have to sleep it off,
must make something of it.

It happens quickly, collapses; trembling, as if set in resonant motion.
Even the walls steaming from excess, dreams condensing in bedsheets,
settling on pores.

It itches more than touch, more than the feathers of those birds,
their battered wings, bones. Marks stamped in snow -
try not to look there, try to force it down.

translation: Marek Kazmierski

Znaki

Upał tli się w rękach i zaraża trawy. Dławi ziemię,
kiedy biegniemy przez pola; zbieramy małże, żujemy liście
jak cukier. Wiatr nawiewa iskry i dym gryzie w oczy.
Nad lasem niebo, w nim: ogień, ten obraz- rzeka nabiera wody
i połyka słońce. Dzieci lepią gniazda i zasypiają ssąc palce.
Sierpień sypie im popiół we włosy, kreśli znaki na niebie.
Skacze do wody z kamieniem w gardle.

Ten obraz, Anno, nie daje się przełknąć. Jakby to rosło we mnie;
strup w zgięciu ramienia. Zadrapanie na oku. Sen, który rozcina skórę
głębiej niż noże i wciska mech do tętnic, pióra wpycha do ust.

Signs

Swelter smouldering in the hand, infecting the grasses. Choking the earth,
as we run across the fields; collecting clams, chewing leaves
like sugar. Winds tossing sparks about, smoke stinging the eyes.
Over the woods, a sky, in it: fire. This image – the river taking on water
and swallowing suns. Children moulding nests and sucking thumbs at bedtime.
August pours ash into their hair, etching signs in the heavens.
Dives the waters with a stone in its throat.

This image, Anna, cannot be swallowed. As if it were swelling within me;
a mark in the bend of the arm. A scratch on the eye. A dream which cuts the skin
deeper than knives and stuffs moss into arteries, feathers into mouths.

translation: Marek Kazmierski

Dopiero wtedy

wszystko się skończy. Blizny na dobre zarosną. Ciepło wybije nas
z rytmu i wejdzie do kości. Zobacz, ten sen przyniesie nam odwilż;
w usta wgryzie się dym i przetnie język. Musisz wymyślić nowy.
Inaczej zostaną tylko te resztki, spalone wersy. Odłamki. Zobacz;
ziemia tli się w tych skrawkach, pęcznieje, aż zapadają się stopy.

Wiatr nawiał iskry i liście drgały od rosy. Widocznie już niosłam
w sobie niepokój; jak dziecko, rosnące pod sercem, podczas,
gdy marzec zamieniał się w rozpacz. Tak ładnie pękało wszystko:
ulice i niebo, nasze ciała sklejone śliną. Błyski cięły powietrze
jak papier, krew wypływała z łodyg.
Pomyśl, ten sen przyniesie

nam odwilż. Zamknij oczy i zobacz; wilgoć wsiąka we wszystko.
Słowo rozcina skórę. Ziarnko wypada z ust.

Powroty

Pamiętamy jeszcze podróże z przerwami, szmery i kłucie;
spękaną z upału ziemię, pola gnijące od wody. Więc brakowało
w pokoju światła, był śnieg i szadź pełna szczątków roślin.
Ciemne zaspy spadały na okna, sny się wwiercały w podłogę.

Może lubiliśmy takie zabawy – noce na dworcach, zimne nazwy chorób?
Historie proste jak ślady poparzeń. Z włosów ściekał deszcz, żarówka pękła,
gdy wypluwaliśmy grudy. Może coś się wykluło i zgniło, kilka blizn
zmieniło się w strupy. Coś rozrosło się w tobie, już są objawy –

glina na rękach, plamy po rdzy. Słowa, które szepcze ktoś obcy,
kiedy nad ranem próbuje przecierać oczy; poszarpany jak mięso
i naostrzony.

Włókna

czyta: Joanna Lech

Zapaść

Brzeg jest skórą, która wyznacza granice. Dzieci wyrzeźbiły w niej korytarze,
kierunki pływu, krwiobieg. Patrzę na to od spodu, bo nie chcę być już pytaniem,
punktem odniesień.

Nie mam już miejsca na trwanie. Niebo jest coraz głębsze, nabiera odcieni.
Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna. W brzuchu pęka szkielet ryby,
a ości zaszywają skórę pod spód.

Potem dławię się tym słowem, nie mogę się podnieść. Dawni znajomi
już tu nie przyjdą, nikt mnie nie znajdzie. Oni wciąż jeszcze noszą po mnie blizny,
oglądają zdjęcia. Ja ciągle pamiętam ten ich ciepły spokój,

burze w sierpniu, chleb. Smołę. Wszystko można przełknąć.

Agnieszka W. odkręca gaz

Mijanie

Oranżada ze stonek

Zaczęło się od tego, że Nick Cave przyjechał do Polski. Właściwie to zaczęło się dużo wcześniej, w sierpniu, gdy upał, nuda i powolne smażenie się w dusznym powietrzu. Kompletnie nic się nie działo; siedzieliśmy smażąc nad piwem w jakimś ogródku, tygodniami. A wokół nas palmy, morze, festiwal piosenki: siedzieliśmy smażąc się w tym piekle, tygodniami. I dopiero potem zauważyłam, że zamiast piwa piłam coś, co niepokojąco przypominało oranżadę ze stonek – w eleganckich szklaneczkach, z kolorowymi parasolkami. Barman nalewał to coś z butelki po Coli, tylko, że zamiast odpowiedniego logo na etykiecie była właśnie narysowana wielka, obleśna, wytrzeszczająca oczy stonka ziemniaczana. I jakby się patrzyła, prosto na mnie. To już nawet nie absynt, co to ma być! Krzyknęłam i wszyscy zaczęli tymi butelkami rzucać, w barmana, za siebie, dookoła. Z miejsca zachciało się palić, przypomniałam sobie, że muszę zapalić, i chyba powiedziałam to na głos, bo się koledzy zaczęli klepać po kurtkach, klepali się po kieszeniach, po torbach. Trochę to dziwnie wyglądało, gdy się zaczęli nawzajem klepać po głowach; no ale nikt nie miał. Siedzieliśmy dalej w tym piekle, bez piwa, bez tytoniu, tygodniami. A potem ktoś powiedział, że Mick Jagger nie żyje. To prawda, właśnie o tym piszę – powiedział kolega. To prawda, przypomniałam sobie, nie raz o tym mówił, pisały o tym wszystkie gazety, straszyły tłuste nagłówki, dzienniki we wszystkich krajach tylko o tym trąbiły; gdzieś nawet ogłosili żałobę. A kolega naprawdę pisał książkę, w której Mick Jagger umiera co dwie strony, na wszystkie możliwe rodzaje śmierci. To prawda, nie raz opowiadał o różnych rodzajach śmierci, jakie mu zaplanował; w jednej chwili pada na marskość wątroby, w innej od wciągania podłego, amerykańskiego proszku na stonki. Kolega opowiadał o tym tygodniami: mówił, aż zapadła noc, skończyło się lato i nad dachami krążyły zeppeliny w kolorze deszczu; postanowiliśmy wznieść toast za Micka Jaggera kranówką, z braku czegokolwiek innego. Przez cały czas wytrzeszczone ślepia stonek patrzyły się na nas z butelek, z drugiej strony baru. Zdawało mi się, że jedna do mnie mrugnęła, ale nie jestem pewna. Postanowiliśmy wyjść z tego baru, ale zamiast na plażę, wyszliśmy na bezkresne pole, pełne ziemniaków. To to już na pewno będzie koniec świata, powiedział ktoś, bardzo smutno. I był.

Progi dla pieszych

A potem naprawdę Nick Cave przyjechał do Polski. Ale to był inny sen, w którym bez przerwy padało, wiał halny i było zimno, jakby się już zbierało na śnieg. Ale to była jesień, listopad, przypomniałam sobie, że już się obudziłam, że siedzę w pokoju i uczę się do matury, a do Polski przyjeżdżał Nick Cave; już był na lotnisku. Nick Cave miał zagrać w moim liceum- wielki, plenerowy koncert dla wszystkich biednych maturzystów z biednych, małych miast, z biednych, małych państewek w środku biednej Europy. Brawo, Nick! I pewnie dlatego wszędzie wisiały flagi i ludzie zdjęcia Nicka przyklejali do okien. I pewnie dlatego wszyscy nosili koszulki z Nickiem, a po ulicach nieustannie krążyły tłumy zapuszczonych staruszków ze słuchawkami na uszach i nieprzytomnym wzrokiem, nucących pod nosem „do you love me”? „Oh, do you love me? Like I love you?”

I to najpewniej dlatego koncert został odwołany, bo przecież nie z powodu deszczu. W mieście panowała żałoba, dzieci biły się o ostatnie miejsca na boisku, gdzie w końcu miał odbyć się mały, prywatny recital Nicka; na drewnianej scenie, przy bramkach, w przerwie meczu. Ludzie tłoczyli się w drzwiach i wchodzili przez okna. Więc porzuciłam naukę i stałam na trybunach, próbując coś zobaczyć przez tłumy, zza czyjegoś ramienia. Wychylałam się przez barierkę, ale zaraz ktoś mnie złapał za kołnierz. Nie można, powiedział głosem ochroniarza, choć to był pan od historii. Ale dlaczego, spytałam, ale nie dopowiedział, tylko podniósł mnie do góry, wciąż za ten kaptur i tak trzymał w powietrzu, jak jakiś napakowany mięśniak w filmach akcji, choć wcale taki nie był. To co, krzyczałam, wywijając tymi rękami w powietrzu, to raz w życiu Nick przyjeżdża do Polski, a ja nie mogę go nawet zobaczyć? Nick przyjeżdża, a ja nawet zejść pod scenę nie mogę? Nie można, powtórzył.

Tymczasem zaczął się koncert, Nick śpiewał, dziwnie dostojny w góralskiej kurtce. Muzyka dudniła, świtała błyskały po oczach, jak na dyskotece. A ludzie szaleli. Potem na scenę wpadł kolega Krzyś. Wpadł i bez słowa chwycił Nicka w objęcia; co trochę dziwnie wyglądało, bo był od niego połowę niższy, chudszy; i wydawało się, jakby słup trzymał. Ale obejmował go czule, trzymał dalej i nie chciał puścić, uśmiechając się przy tym błogo. A i Nick nie wyrywał się wcale, śpiewał, wciąż dostojny, choć nieco pognieciony. I nie było ochrony, nikogo, kto by mógł go z tych objęć uwolnić. Ludzie kiwali się sennie pod sceną. Krzysiu trzymał. A Nick śpiewał. „Do you love me”? „Oh, do you love me? Like I love you?” Śpiewał, aż wszystkie światła pogasły, muzyka ucichła i w końcu upadli, razem, choć wciąż w objęciach. Tak samo spokojnie, jak stali, leżeli na scenie i chyba tyle im wystarczało, uśmiechali się, nie ruszali się wcale. Ale to była jesień, listopad, zrobiło się ciemno, zimno, przypominam sobie, że zaraz się obudzę, że muszę się uczyć- i w końcu został już tylko pusty parkiet, dwa ciemne kształty i głos Nicka, szepczący doskonale po polsku, w ciemności: podoba mi się, bardzo mi się tu podoba; wiesz, Krzysiu, że po raz pierwszy widziałem progi zwalniające na środku chodnika, dla pieszych? Bardzo smakuje mi chleb.

Kontakt